T-MOBILE MUSIC
RECENZJA: Specjalność regionu
W jego rodzimej Szwecji szósty album Håkana Hellströma już mieni się platyną. W innych krajach prawie nikt o nim nie słyszał. I raczej nie usłyszy.
Dlaczego kocha się w nim pół Szwecji? Czemu poza granicami ojczyzny nie słyszał o nim prawie nikt? Czy dziesięć lat po podboju rodzimej sceny Håkan Hellström ma szansę na to, by stać się pieśniarzem globalnym? Po kolei.

Szwecja wielbi go od wiosny 2000 roku. Wtedy to wydany w barwach Virgin singel "Känn Ingen Sorg för Mig Göteborg" nikomu nie znanego 26-latka uczynił bożyszczem ludu słuchającego, krytykującego oraz właścicieli sal koncertowych, a zatytułowana tak samo płyta zebrała sześć nominacji do szwedzkich Grammy. Skąd tak wielki talent u debiutanta? Ano stąd, że debiutował tylko jako songwriter. Wcześniej robił bowiem za basistę oraz bębniarza w dwóch stołecznych kapelach (w jednej z nich u boku Karin Dreijer, obecnie połowy The Knife i całości Fever Ray).
Sceny się nie bał, w studiu bywał już wielokrotnie, a materiał gromadził przez lata, bo jako bohater drugiego planu pomysły musiał chować do szuflady. Wyciągnął z niej rzęsiste refreny podparte pogodnymi zwrotkami, czyli ten typ smutnej muzyki, która paradoksalnie poprawia nastrój. Wokalne niedostatki przydawały mu tylko autentyzmu, choć dzisiaj trudno powiedzieć, czy po dekadzie regularnego koncertowania nie jest to już tylko amatorszczyzna pozorowana.
Takie lokalne zajawki internet zwykł w okamgnieniu rozdmuchiwać w hype międzynarodowy. Nie tym razem. Sława Hellströma od dziesięciu lat nie gaśnie, tyle że szwedzką granicę przekroczyła w zasadzie tylko w kierunku Norwegii. W inne rejony świata zagląda dwa razy w roku: gdy zagraniczni studenci wracają do swoich domów z naręczem regionalnych specjalności. Czy to dlatego, że Hellström pozostał wierny mowie ojczystej?
Winny jest raczej marketing. Göteborczyk tworzy muzykę, która po świecie zwykła się poruszać kanałami nieoficjalnymi - co potwierdzają Jens Lenkman czy The Tallest Man On Earth. Tyle że Hellström przyzwyczaił się do gwiazdorskiej wygody i ciepełka dużych wytwórni. Po co tłuc się po europejskich klubach dla kilkudziesięcioosobowej widowni, po co mozolnie budować za granicą offową karierę - bo na inną raczej nie ma szans - występami na niepewnych festiwalach, skoro największe szwedzkie sale koncertowe nie są w stanie zaspokoić popytu wewnętrznego? Być może Hellström ufa potędze Universalu, do którego przeniósł się właśnie z dogorywającego EMI. Albo liczy na siłę Erasmusa. Koniec semestru tuż tuż.
Håkan Hellström "2 Steg Från Paradise", Universal
