T-MOBILE MUSIC
PODSUMOWANIE 2010: Japonia
Tylko u nas! Wisienka na torcie, czyli 10 najciekawszych płyt japońskich kończącego się roku.

Shugo Tokumaru fot. arch. artysty
Shugo Tokumaru "Port Entropy" (P-Vine)
30-letni Shugo Tokumaru inspiracje do swoich tekstów czerpie bezpośrednio ze snów. Niewiele więc zrozumielibyście z jego poezji, nawet gdyby japoński był waszym pierwszym językiem. "Exit", poprzedni album Tokumaru z 2007 roku, niejako wbrew intencjom autora wyniósł go na piedestał, wprowadził do mediów mainstreamowych i przyniósł miano tokijskiego Sufjana Stevensa, który wyznacza standardy songwritersko-produkcyjne. Co jest o tyle zabawne, że ten indywidualista rozkochany w lekkich melodiach i barwnym instrumentarium (pogrywa na ponad stu instrumentach) od dziesięciu lat realizuje karierę we własnej sypialni. Zmęczony eksperymentalnym "Exit", Tokumaru nową płytą "Port Entropy" powraca do prostszych kompozycji i oszczędnego brzmienia. Ale w Japonii i tak nie ma sobie równych, a poza nią - niewielu.


Kouhei Matsunaga "Self VA" (Important)
Duet Pan Sonic kończy karierę, Autechre miękną, a Squarepusher kompromituje się u boku rockowej młodzieży? Amatorzy wyładowań elektrycznych powinni podładować akumulatory w Japonii. "Self VA" to pierwszy od dziesięciu lat solowy krążek producenta z Osaki, bo przez całą dekadę Kouhei Matsuna koncentrował się na eksperymentach zespołowych. Jak sugeruje tytuł, na wypełnionej po brzegi płycie podsumowuje swoje doświadczenia z tego okresu. Jest tu minimalistyczny bit ubrany w elektroniczne strzępy, są też zaawansowane eksperymenty z wysokimi częstotliwościami i zmiennym rytmem, a kilkusekundowe miniaturki sąsiadują z dziewięciominutowym opusem "3". Bywa chill i bywa out, szczególnie dla współlokatorów. Matsunaga wydał w tym roku także płytę "3. Telepathics Meh In-Sect Connection" dokumentującą koncert, na którym towarzyszyli mu Mika Vainio (1/2 Pan Sonic) i Sean Booth (1/2 Autechre). Należy omijać ją szerokim łukiem.

Tamaki Roy "Break Boy" (Popgroup)
Ze względu na skłonność do przyjmowania zaproszeń oraz własną gościnność, Japończycy klasyfikują go jako wykonawcę typu crossover. Tymczasem Roy uprawia po prostu hip-hop zabarwiony popem i muzyką taneczną, który już od dłuższego czasu dominuje w samej kolebce rapu. Wielu j-fanów j-rapu uznaje więc Roya za największą nadzieję gatunku, jako że niby nadąża za światowymi trendami. On sam natomiast na drugim, nagrywanym przez pięć i pół miesiąca albumie odżegnuje się od zachodnich mód i bezmyślnego importowania zagranicznych nowinek, a jednocześnie porusza tak istotne dla rodaków tematy jak gospodarka śmieciami. (Nie śmiejcie się: w tamtejszych domach obowiązuje stuprocentowy recykling). Japońskiemu hip-hopowi do produkcji amerykańskich czy brytyjskich jest zazwyczaj równie daleko, jak polskiemu. Gdy od czasu do czasu zdarza się wyjątek, warto się wsłuchać.

MowMow LuLu Gyaban "Noguchi, Kutsukawa de Bakushi" (Lively Up)
Ekspresyjne trio z Kioto wyróżnia nie tylko nadzwyczajna nazwa, ale także egzotyczne brzmienie. W składzie nie ma bowiem gitary elektrycznej, a jedynie basista, śpiewający perkusista i grająca na klawiszach wokalistka, która tylko sporadycznie wydobywa z siebie czysty wokal.

MowMow LuLu Gyaban fot. Factory Records
Nastawieniem do wykonawstwa MowMow LuLu Gyaban przypominają kapele jazzowe (nieprzewidywalność) i punkowe (prędzej czy później wszystko kończy się chaosem). Albumowe melodie i sceniczna beztroska kojarzą się z kolei z nastoletnim j-popem. Ich debiutancka płyta "Noguchi, Kutsukawa de Bakushi" to rzecz pstrokata i niepoważna, ale nie na tyle, by kończyć jej przesłuchanie akustycznym ekwiwalentem oczopląsu.

Toshimaru Nakamura "Egrets" (Samadhisound)
"Podziwiam Toshiego za dyscyplinę, odwagę, otwartość, hojność i inteligencję" - chwalił go David Sylvian. Wprawdzie nie do końca bezinteresownie, bo nowa płyta Nakamury ukazała się w założonej przez Sylviana wytwórni Samadhisound, ale jak najbardziej sprawiedliwie. Po krótkiej przygodzie z gitarą Toshimaru Nakamura od dziesięciu lat kojarzony jest z onkyo - elektroniczną konsoletą, która od końca lat 90. stanowi nieodłączny element japońskiego free i noise. Przy pomocy onkyo Nakamura generuje dźwięki wykraczające poza jakiekolwiek skojarzenia z tradycyjnymi instrumentami. Potrafi na przykład basowe drony skontrapunktować piskiem na granicy słyszalności. Jeśli ich nie usłyszysz, to znaczy, że nadużywasz iPoda. Twoja strata.

Taeko Onuki & Ryuichi Sakamoto "UTAU" (Commmons)
Zanim zasłynął jako solista i członek rewolucyjnej grupy Yellow Magic Orchestra, zanim odkryli go muzycy Japan, a do studia zaciągnął lider zespołu David Sylvian, Ryuichi Sakamoto poznał wokalistkę Taeko Onuki, której macierzysty zespół Sugar Babe właśnie się rozpadał. Pianista pomógł więc piosenkarce rozkręcić samodzielną karierę. Po dwudziestu latach i kilku wspólnych wydawnictwach kontakt się urwał, a "Utau" jest pierwszym spotkaniem duetu od ponad trzynastu lat. Płyta mieści dziewięć ballad na fortepian i głos, w większości autorstwa Sakamoto. I chociaż duet deklaruje, że chodzi o ukazanie "potęgi muzyki", nie miejmy złudzeń, bo oboje są na wskroś romantyczni. Taki też jest ten zestaw: idealny podkład do wieczornych rozmyślań przy kolacji.

Minamo + Lawrence English "A Path Less Travelled" (Room40)
Jak bardzo Minamo potrzebowali pomocy, pokazało nudne "Durée" wydane w styczniu tego roku. Poszukali jej w Australii. Przez dwa lata kwartet spotykał się z Lawrencem Englishem w Tokio i w Brisbane. English nie zaburzył elektroakustycznego minimalizmu Japończyków, a jedynie upstrzył połacie pastelowego ambientu nienachalnymi melodiami, pogłębił harmonię i uzupełnił ją szerokim asortymentem field recordings. Rzadko kiedy płyty elektroniczne wydają się tak naturalne.
Minamo + Lawrence English - The Path by ROOM40

Boom Boom Satellites "To the Loveless" (GR8!)
Skojarzenia z My Bloody Valentine są jak najbardziej słuszne. Boom Boom Satellites - specjaliści od parkietowej prostoty - na nowej płycie naginają swoją niespecjalnie ekscytującą stylistykę ku monumentalnemu "Loveless" MBV. Stąd też zaskakująco duszna atmosfera, wypełnione po brzegi spektrum brzmienia oraz ciężar aranżacji, który na koncertach taranuje podobno publiczność na wzór imprez metalowych. Gdyby Nine Inch Nails lubili tańczyć, mogliby nagrać właśnie taką płytę.

Masayoshi Fujita & Jan Jelinek "Bird, Lake, Objects" (Faitiche)
"Bird, Lake, Objects" to owoc wspólnej improwizacji Jana Jelinka ze stacjonującym w Berlinie producentem, perkusistą i wibrafonistą Masayoshim Fujitą, znanym także pod pseudonimem El Fog. Naturalną barwę wibrafonu Fujita modyfikuje poprzez zasypywanie instrumentu metalowymi i plastikowymi wiórami. Jelinek nawarstwia dźwięki zarejestrowane i wygenerowane, łącząc je z odgłosami ulicy, odległym dreptaniem tudzież warkotem silnika. To płyta "introwertyczna, wręcz ostrożna" - przyznaje Jelinek, ale od razu wyjaśnia, że miała wiernie odzwierciedlać okoliczności nagrania, "zredukowane do pojedynczego mikrofonu rejestrującego przestrzeń oraz oddzielnej ścieżki dla wszystkich pozostałych instrumentów. A każdy ruch i każde działanie śledzi zdradziecki mikrofon".

Tokyo Jihen "Sports" (EMI)
Tokyo Jihen - czyli Tokijskie Wypadki - od powstania w 2004 roku zdążyli już nagrać cztery albumy, z których najsłynniejszym pozostaje "Adult" z 2006 roku, ale "Sports" ściga się z nim o tytuł najlepszego. Tokyo Jihen otwierają go partią a capella, by później przewlec nas przez j-rock, electro-pop, r’n’b i disco. Czasem - niestety! - Shéna Ringo (gwiazda lokalnej wokalistyki) sięga po język angielski, który sobie tylko znanym sposobem automatycznie westernizuje nastrój i budzi do życia charakterystyczny dla tego kraju kicz. Ale po coś przecież wymyślono funkcję "skip"... Bogate aranżacje i produkcja nie przeszkadzają potraktować tej płyty jako lekkiej i przyjemnej odskoczni od anglosaskiego popu, do tańca i do nucenia na spacerze. Opanowanie tekstów wprawdzie zajmie chwilę, za to potem szpan nie lada.
