T-MOBILE MUSIC
Przeklęta Magda od gramofonów
Polka najlepszą didżejką świata? Możecie przekonać się o tym sami, bo 5 listopada Magda Chojnacka wystąpi w poznańskiej Starej Rzeźni. Tworząca w Berlinie artystka przywiezie ze sobą materiał z debiutanckiej płyty wydanej w prestiżowej wytwórni Minus
Jestem przeklęta! Na scenie ciągle przydarzają mi się dziwne rzeczy, a kiedy wchodzę do studia, od razu coś przestaje działać. To nie sprzęt, to ja! - śmieje się Magda Chojnacka, którą bywalcy klubów na całym świecie nazywają po prostu DJ Magdą. Nie przesadzam z tym całym światem. Magda dwa razy z rzędu zajęła dziewiąte miejsce w plebiscycie na stu najlepszych didżejów świata, który co roku organizuje internetowa wyrocznia elektroniki - portal Resident Advisor. Wśród kobiet była pierwsza, a razem jedyna w pierwszej dwudziestce.
Podczas gdy część rodaków nazywa ją Tomaszem Stańką gramofonów albo Behemothem sceny klubowej, inni wykrzykują na forach: „To nie jest Polka!”. Magda Chojnacka bije się w piersi, kiedy pytam ją, dlaczego o jej didżejskich talentach słyszeli wszyscy z wyjątkiem rodaków. - Zbyt późno zaczęłam grać w ojczyźnie, bo przecież mieszkam za miedzą, w Berlinie. Pierwszy występ w kraju dałam dopiero rok temu w poznańskim klubie SQ. Byłam nim zresztą piekielnie stremowana, ale publiczność okazała się urocza. Chciałam wrócić jak najprędzej. Wtedy Richie Hawtin zareklamował mi płocki festiwal Audioriver i tam zagrałam ostatniego lata. No i teraz wracam po raz trzeci - mówi Magda. 5 listopada zobaczymy ją w ceglanej scenerii dziewiętnastowiecznej Starej Rzeźni w Poznaniu.
Patrz, kto puszcza muzykę!
Za konsoletą po raz pierwszy stanęła w połowie lat 90. Gdzieżby indziej, jeśli nie w ówczesnej Mekce muzyki elektronicznej? Miała dziewięć lat, gdy w 1984 roku jej rodzina wyjechała do Houston w Teksasie. Ale wkrótce Chojnaccy przenieśli się raz jeszcze, tym razem do stolicy techno. - Nie rozmawiałabym teraz tobą, gdybyśmy nie wylądowali w Detroit. Zanim tam trafiłam, fascynowałam się podziemnym hip-hopem, później heavy metalem. W liceum włóczyłam się na koncerty indierockowe i to przy okazji któregoś z nich odkryłam techno. Początkowo zresztą nie pojmowałam fenomenu tej muzyki - wspomina Magda.

Być może to niezrozumienie sprawiło, że właśnie techno zatrzymało uwagę Magdy na dłużej. Wymagało wprawdzie większej uwagi, ale odwdzięczało się intensywniejszymi doświadczeniami. Ale Magdę zafascynowała także sceneria, w której ten gatunek dorastał. - Kluby zlokalizowane były w opuszczonych, często zaniedbanych częściach miasta, z obowiązkową mgłą zawieszoną tuż nad ulicami - mówi Magda. - Kiedy jeszcze mieszkałam w Polsce, często jeździłam na wieś i tak właśnie ją zapamiętałam: gęsta mgła oraz wszechobecna melancholia, która narzuca życiu specyficzny ton.
Klubową inicjację ułatwiło jej członkostwo w kobiecym kolektywie didżejskim Women on Wax, ale jemu też zawdzięcza swoje pierwsze frustracje zawodowe. - W pewnym sensie byłyśmy uprzywilejowane, bo nie wymagano od nas specjalnej błyskotliwości za konsoletą. Wystarczyło, że wzbudzałyśmy zainteresowanie jako zjawisko: „Patrz, kto puszcza muzykę! To szaleństwo!” - wspomina Magda. - Stosowano więc podwójne standardy. A to z kolei wykluczało poważne traktowanie i autentyczny szacunek. Obecnie płeć ma na szczęście znaczenie trzeciorzędne. Do równowagi jest nam jeszcze daleko, ale kobieta za gramofonami nie jest tak rzadkim widokiem, jak w latach 90.
Nowa epoka
Pod koniec dekady - już jako solistka - Magda zainteresowała się minimalistyczną odmianą techno. Wówczas nią z kolei zainteresował się guru tej stylistyki Richie Hawtin, znany także pod kryptonimem Plastikman. Hawtin zaprosił polską didżejkę do udziału w Epok, czyli monumentalnej „celebracji nadejścia nowego millenium”, zorganizowanej w Detroit w ostatnią noc ubiegłego tysiąclecia. Od tamtego występu Magda regularnie towarzyszy Hawtinowi w trasach koncertowych. I to w kierowanej przez niego wytwórni Minus wydała właśnie swoją pierwszą autorską płytę. Jej poznańska wizyta jest częścią trasy promującej album „From the Fallen Page”, która rozpoczęła się w Amsterdamie, a zakończy sylwestrowymi koncertami w Tokio.
- Magda jest fascynującą postacią, bo osiągnęła status gwiazdy mimo znikomej aktywności wydawniczej - mówi nam Łukasz Napora, rzecznik festiwalu Audioriver. - Na tej scenie panuje przekonanie, że trzeba sporo produkować, aby w ogóle zaistnieć. I zazwyczaj jest to prawda. Magda wypłynęła jednak tylko i wyłącznie jako didżejka. Ciągle się rozwija. Kilka lat temu słyszałem ją w londyńskim klubie fabric i szczerze powiedziawszy nie byłem nią zachwycony. Ale już na tegorocznym Audioriver dała jeden z najlepszych setów całego festiwalu - dodaje Napora.
- To urodzona didżejka. Potrafi nawiązać niespotykany kontakt z publicznością, a muzykę innych producentów skleja z taką swobodą i wyobraźnią, że staje się ona niejako jej własną - wylicza Andrew Ryce, krytyk Resident Advisor. Kto nie miał okazji obserwować talentu Magdy na żywo, może nadrobić zaległości chociażby za sprawą jej autorskiego miksu wydanego rok temu w ramach prestiżowej serii „fabric” (szukajcie albumu z numerem 49). - Już na tej kompilacji Magda pokazała, że nie zamierza odcinać kuponów od własnych bądź cudzych sukcesów, ani też podążać za jakąkolwiek modą - mówi Napora. - To nie jest prosta muzyka do tańczenia. Są tam ambitne brzmienia, jest koncept zaczerpnięty z horroru oraz wyraźne poszukiwanie czegoś własnego. Wydaje mi się, że to Hawtin zaszczepił w Magdzie własne podejście do kariery, które można streścić hasłem: „Rób coś swojego”. Jako didżejka ciągle stara się robić coś nowego i jej nowy album również zapowiada się niesztampowo.
Teraz Polska
Artystyczną osobowość Magda zawdzięcza wprawdzie Stanom Zjednoczonym, ale swój debiut nagrała w Berlinie, w którym stacjonuje od 2005 roku. - Na początku dekady mieszkałam w Nowym Jorku. Zaczęły się tam jednak mnożyć rozmaite problemy. Ratusz realizował wówczas politykę bezpardonowej walki z przestępczością, co dla nas oznaczało tyle, że policja mogła zamykać kluby, kiedy tylko miała na to ochotę. Organizowanie imprez stało się prawdziwym mozołem. Nastroje były fatalne - wspomina Magda. Z nowojorskiego impasu wyrwało ją zaproszenie na występ do Berlina. - Gdy zobaczyłam to miasto, gdy go doświadczyłam, nie miałam już ochoty patrzeć na Nowy Jork. Po powrocie obwieściłam Richiemu, bo mieszkaliśmy tam wtedy oboje, że w ciągu sześciu miesięcy przeprowadzam się do Berlina. A on na to: „Nie ma mowy, to był mój pomysł!” - śmieje się didżejka. - Niezależnie podjęliśmy tę samą decyzję, więc nasze obserwacje odnośnie obu miast musiały być identyczne.

Skutkiem ubocznych przenosin do Berlina okazało się zacieśnienie relacji z Polską. Regularnie jeździ na przykład do Żywca, gdzie się urodziła, a gdzie obecnie szuka świętego spokoju. Czy bliskość ojczyzny sprawi, że będziemy ją w Polsce widywać choćby tak często, jak mieszkańcy Niemiec, Francji, Włoch czy nawet Japonii? - Kształt naszej sceny elektronicznej coraz bardziej przypomina ten, który funkcjonował kiedyś w Holandii: ludzie przestają chodzić do klubów, bo odkładają czas i pieniądze na większe imprezy - mówi Napora. – No, a Magda za występy nie oczekuje bynajmniej polskiej stawki. Prawdopodobnie będziemy ją więc spotykać przy specjalnych okazjach i na festiwalach
Anachroniczny lans
- Jedno i drugie, przynajmniej w moim zamierzeniu - odpowiada Magda, gdy pytam ją, czy „From the Fallen Page” nagrała z myślą o klubach, czy raczej o domowym odsłuchu. - To miał być album przyjazny parkietowi, a zarazem na tyle przestrzenny i nastrojowy, by nadawał się do mieszkania i samochodu. To w końcu mój debiut. Zależało mi na tym, aby nie był oczywisty: jednoznacznie klubowy albo zbyt przekombinowany. Szukałam równowagi - dodaje.
Magda zachowuje umiar także w podejściu do nowych technologii, co zresztą odróżnia ją od otoczonego futurystycznymi gadżetami Hawtina. Słynie wręcz ze słabości do analogów, dlatego na koniec naszej rozmowy pytam o jej podstawowe narzędzie pracy: gramofony. Czy cyfrowa rewolucja w końcu nie wypchnie ich z klubów? - Bez obaw! Ostatnio ze znajomymi z branży doszliśmy do wniosku, że kiedy wszystko będzie już funkcjonować w technologii bezprzewodowej, to szczytem lansu okaże się korzystanie na scenie z anachronicznych kabli. Z gramofonami będzie tak samo: im jest ich mniej, tym są bardziej cool - śmieje się Magda. A nam pozostaje żywić nadzieję, że podobna zależność dotyczy jej występów w ojczyźnie.
