Opinie
A A A
28.10.2010

WYWIAD: Synthpop - reaktywacja

Po wspominkowej trasie koncertowej OMD przygotowało pierwszy album studyjny od 14 lat. O płycie „History Of Modern”, wskrzeszaniu synthpopu i wykańczaniu rockowego dinozaura opowiada nam Paul Humphreys.

W 1985 roku zagraliście w Warszawie na Stadionie Dziesięciolecia. Pamiętasz tamten występ?
Zdziwisz się: wspominam go bardzo często! To był pierwszy koncert OMD nie tylko w Polsce, ale w ogóle po drugiej strony żelaznej kurtyny. Przez cały kolejny dzień włóczyliśmy się po Warszawie, co było dla nas fascynującym przeżyciem. Sam występ też zresztą był nietypowy, bo z niewiadomych przyczyn publiczności nie wpuszczono na teren boiska, musiała pozostać na trybunach. Być może chodziło o oszczędzanie murawy? Na koncert przyszło kilkadziesiąt tysięcy ludzi, a my i tak graliśmy do pustego pola. (śmiech)

WYWIAD: Synthpop - reaktywacja - T-Mobile Music

Ostatnia dekada to jedno wielkie wskrzeszanie lat 80. Jak patrzysz na wykonawców w rodzaju La Roux czy Little Boots, którzy jawnie czerpią z waszej muzyki?
Schlebia nam, że tyle młodych kapel wymienia OMD wśród swoich głównych inspiracji. Młodzież niejako wyciągnęła nas z zapomnienia. To dla nas oczywiście korzystne, bo niejako przygotowało nasz powrót na scenę.

Masz swoich ulubieńców w tym nurcie?
Całe mnóstwo! Na pewno młody angielski grupy zespół Mirrors oraz Villa Nah z Helsinek, których zaprosiliśmy na trasę koncertową. Nowa elektronika dzieli się na dwa główne obozy. Jedni biorą stare brzmienia, ale robią z nimi coś innego, coś własnego. Drudzy podejmują desperackie próby dosłownego powrotu do lat 80. Kupują na eBayu stare syntezatory, bo chcą brzmieć dokładnie tak, jak ich idole z dzieciństwa, ale sami nie mają nic do powiedzenia. Cieszy mnie jednak to elektroniczne odrodzenie. W latach 80. wykończyliśmy starego rockowego dinozaura, ale w kolejnej dekadzie powstał z grobu. Dlatego kolejne pokolenie musi uśmiercić po go raz drugi. (śmiech)

Zanim zaczęliście nagrywać nową płytę „History of Modern”, graliście na koncertach klasyczne „Architecture & Morality” z 1981 roku. Próbowaliście zaadaptować ją jakoś do współczesności?
Wręcz przeciwnie, chcieliśmy być wierni oryginałowi. Nagrywaliśmy tamtą muzykę z pełną świadomością i nie ma powodu, by teraz cokolwiek w niej zmieniać. Wiesz co, śmiałem się przed chwilą z dzieciaków, które przeczesują eBay, a sam robiłem to samo! Trzymam wprawdzie moje stare syntezatory, ale żaden z nich już nie działa. Musiałem zidentyfikować każde z brzmień występujących na „Architecture & Morality”, a następnie odnaleźć sprzęt, który pozwoli mi je odtworzyć.

Toż to istna mitręga!
Co ty nie powiesz? Poświęciłem trzy miesiące, żeby przygotować same tylko brzmienia.

Publiczność doceniła ten wysiłek?
Oczywiście, bo ludzie przychodzili na te koncerty dla wspomnień. Co wspaniałe w muzyce, to że potrafi działać jak wehikuł czasu. Zwykła piosenka może przenieść cię o wiele lat wstecz i odświeżyć dawno zapomniane przeżycia i emocje. Musieliśmy odzyskać nasze dawne brzmienie, aby umożliwić fanom takie doświadczenia.

WYWIAD: Synthpop - reaktywacja - T-Mobile Music

Rozmowy o nowym materiale pojawiły się właśnie podczas tamtej wspominkowej trasy?
Ta myśl ciągle wracała, ale baliśmy się, że nie ma już między nami chemii. Przecież nie pisaliśmy razem od 15-16 lat!

A jednak spróbowaliście.
Tyle że bez ogłaszania tego faktu światu. Jako punkt odniesienia postawiliśmy sobie nasze pierwsze cztery albumy, nagrane jeszcze zanim zaczęliśmy oddalać się od electro. To one definiowały brzmienie OMD. Szukaliśmy formuły, która pozwoliłaby nam przenieść je w XXI wiek, bo studyjna zabawa w retro nas nie interesowała. Gdy w końcu zabraliśmy się za pisanie, pojawiła się przeszkoda logistyczna: Andy Andy McCluskey mieszka w Liverpoolu, a ja w Londynie.

Na szczęście jest internet.
Bingo. Zaopatrzyliśmy się w to samo oprogramowanie i zaczęliśmy pracować zdalnie. Ale przesyłanie potężnych plików tam i z powrotem okazało się dla nas zbyt uciążliwe. Zresztą: gdzie w tym spontaniczność? Gdzie niespodzianki? Gdzie pomysły krążące w powietrzu pomiędzy naszymi głowami, po które wystarczy tylko sięgnąć? Jakoś trudno im było pokonać 220 mil łączem internetowym. (śmiech) Poza tym gdy pracujesz w pojedynkę i zbłądzisz, to nie ma nikogo, kto mógłby naprowadzić cię na właściwą drogę. Dlatego prędko weszliśmy razem do studia i od razu pojawiły się lepsze piosenki.

A wyszedł wam album bardzo piosenkowy.
Takie było założenie: koncentrujemy się na kompozycjach, za to oszczędzamy fanom eksperymentów i udziwnień. I te piosenki okazały się na tyle dobre, że od razu zaczęliśmy rozmawiać o kolejnej płycie. Wybraliśmy już dla niej tytuł. Zresztą było to przy okazji małego eksperymentu. Podczas wywiadu z jakąś maleńką lokalną gazetą w Niemczech podaliśmy tę nazwę dziennikarzowi i czekaliśmy, jak szybko wyłapią to fani z naszego forum internetowego. Zajęło im to niecałe 48 godzin!

Jak brzmi ów tytuł?
„English Electric”.

Ze swoim drugim projektem Onetwo odbyłeś niedawno trasę u boku The Human League. A jeszcze w latach 80. byli waszymi największymi konkurentami!
Wspominałem z Philipem Oakeyem [wokalistą The Human League - red.] ten wyścig zbrojeń i wiesz co? Okazało się, że czerpaliśmy wtedy inspiracje z tych samych źródeł. Pod koniec lat 70. ja i Andy byliśmy przekonani, że jesteśmy jedynymi ludźmi po brytyjskiej stronie Kanału La Manche, którzy słuchali tej dziwacznej niemieckiej muzyki. Gdy powiedziałem o tym Philipowi, ubawił się po pachy. On i reszta chłopaków z The Human League żyli wtedy w identycznym przeświadczeniu! No cóż, internetu jeszcze wtedy nie było i każdy z nas pracował izolacji. O istnieniu The Human League dowiedzieliśmy się zresztą chyba jako ostatni w Wielkiej Brytanii. Oni o nas też.

OCEŃ: 0 0
Autor: Mariusz Herma
Do góry
Marilyn Manson Recenzja Dillon Wywiad Wideo Impreza na bogato Galeria

NAJNOWSZE

POLECAMY

Dodaj komentarz

Wprowadź kod z obrazka:

Obrazek nieczytelny? Kliknij aby odświeżyć

lub przejdź do strony logowania lub jeśli jeszcze nie masz konta zarejestruj się.