Jednoosobowy remake legendarnego musicalu? Niemożliwe? Dla Merrill Beth Nisker, znanej lepiej jako Peaches takie słowo nie istnieje.

- Berliński teatr poprosił mnie o wystawienie spektaklu. Od razu stwierdziłam, że chcę zrobić ”Jesus Christ Superstar” jako indywidualne, kobiece show. Ten pomysł chodził za mną, od kiedy skończyłam 14 lat. Słuchałam musicalu i starałam się samodzielnie go wykonywać. Ale wtedy nie zastanawiałam się, czy by nie zrobić tego przed publicznością. Aż do momentu otrzymania właściwej propozycji – tłumaczy się wokalistka.

Okazało się jednak, że dla Berlina taki występ, to zbyt wiele. Peaches ogłosiła więc, że zagra - a owszem - ale nie w Europie, a w Stanach. Da z takim programem sześć występów. Czy przyjdą kolejne? Czas pokaże.

- To trochę szamanistyczne doświadczenie (...) Jak dla mnie to historia o tym, jak ludzie przeinaczają rzeczy. Jak dobre zamiary jednej osoby zmieniają się w coś innego, większego i wydostają się spod kontroli – mówi Nisker o musicalu.

Cóż, ona sama wydostała się spod kontroli już dawno temu...

 


Peaches Christ Superstar? - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!

Kanadyjka przetestuje purytańskie nerwy wykonując swoją przeróbkę klasycznej rock opery "Jesus Christ Superstar" w Stanach Zjednoczonych. Widowisko zostało wcześniej zdjęte z afisza w Berlinie.


fot.Ferrari Press/East News

Peaches interpretuje słynny musical poświęcony ostatnim dniom życia Chrystusa, występując w roli Jezusa, Marii Magdaleny, apostołów i faryzeuszy. Na fortepianie wspomaga ją Gonzalez.

Wydawało się, że z musicalu już nic nie będzie, po tym jak autorzy oryginalnego "Jesus Christ Superstar" odmówili piosenkarce pozwolenia na wykorzystanie utworów ze swojego musicalu. A jednak w końcu się udało i na każdy z wystawionych w Berlinie 6 spektakli zabrakło biletów. To miał być koniec projektu, jednak okazuje się, że "Peaches Christ Superstar" ma się nieźle – na tyle, by pojechać do Ameryki na serię kolejnych sześciu odsłon. Miejmy nadzieję, że to nie koniec – osobiście marzę, żeby ta sztuka przyjechała zrobić trochę fermentu w Polsce. Tym bardziej, że sama autorka mówi: "Peaches Christ Superstar to najbardziej intensywne i mocarne przedsięwzięcie sceniczne w jakim brałam udział". A ci, którzy widzieli ją choćby na scenie warszawskiej Stodoły dobrze wiedzą, że podczas koncertów nie oszczędza się nigdy.


Maciek Piasecki

 

Peaches Christ Superstar jedzie dalej - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!
27.12.2010

Topór w operze

Prucie flaków, wielka polityka i jeszcze większa miłość – "Krzyżacy" Henryka Sienkiewicza to rzeczywiście znakomity punkt wyjścia dla operowych uniesień.

30 grudnia w Sali Kongresowej czekają nas nie lada atrakcje. To premiera "Krzyżaków" - wedle zapewnień twórców spektaklu "najbardziej zaskakujące wydarzenie muzyczne roku 2010" oraz "pierwsza od lat polska rock-opera". Brzmi groźnie, tym bardziej, że dwoma nagimi mieczami zamierza wywijać Artur Gadowski (ma być Władysławem Jagiełłą), oczy da sobie wydłubać Maciej Balcar z Dżemu (wiadomo – Jurand ze Spychowa), a czarny krzyż na piersi nosić będzie pan z Piersi (Paweł Kukiz wcieli się w Konrada von Jungingena, co – zważywszy na głośno manifestowane poglądy polityczne wokalisty – jest samo w sobie pomysłem na tyle zabawnym, że wartym sprawdzenia). Mam też nadzieję, że twórcy spektaklu nie zapomną o bardzo rockandrollowej scenie, w której Jagienka zadkiem tłucze orzechy. Trzymam kciuki za Joannę Dec, która tym samym dowiedzie prawdziwości starej zasady, że w show biznesie trzeba mieć twardą d…


Wielki Mistrz był nie tylko walecznym rycerzem, ale i świetnym zwiadowcą   fot. REPORTER

"Krzyżacy" siekać będą Kongresową na plasterki z okazji obchodów 600-lecia bitwy pod Grunwaldem, więc intencje twórców są dość przejrzyste, ale przy okazji warto się zastanowić, skąd wzięła się i czy warta jest uwagi melomanów formuła szumnie zwana rock-operą. I czy w ogóle taka rockowa opera różni się czymkolwiek od musicalu? Technicznie rzecz ujmując, owszem, różnica jest zasadnicza: w musicalu pojawiają się normalne, mówione dialogi, zaś w operze wszystko powinno być śpiewane. Ale nawet klasycy robili od tej reguły godne uwagi wyjątki: w "Carmen" Bizeta i "Czarodziejskim flecie" Mozarta też gadają… Wychodzi więc na to, że różnica pomiędzy rock-operą, a musicalem zasadza się przede wszystkim w intencjach oraz rozmiarach ego twórców. Musical, nawet zrealizowany z godnym "Titanica 2" rozmachem, to po prostu rozrywka, rzecz napisana i wystawiana po to, by nas rozbawić lub wzruszyć, ale zawsze po to, byśmy mogli miło spędzić czas. Rock-opera ma większe ambicje. Rock-opera traktuje samą siebie oraz przedstawiony przez się temat ze śmiertelną powagą. Musicale bywają urocze, zaś rock-opery zwykle są nadęte i manieryczne, bo często skrywają kompleksy rockmanów wobec "prawdziwej" i "poważnej" muzyki. Chociaż, trzeba to uczciwie powiedzieć, i w tym gatunku zdarzały się arcydzieła.

Długo można się spierać o to, która rockowa płyta zawiera zestaw cech, pozwalających nam określić ją mianem pierwszej rock-opery – jedni mówią, że to "The Story of Simon Simopath" brytyjskiej Nirvany (1967), inni że "S.F.Sorrow" The Pretty Things (1968). Ale zamiast dzielić włos na czworo, przyjmijmy że była nią "Tommy", autorstwa The Who, choćby dlatego, że grupa Pete'a Townshenda jako pierwsza oficjalnie skorzystała z tego szyldu. Poza tym, już w 1966 roku przymierzyli się do tej koturnowej formuły, w piosence "A Quick One, While He's Away". "Tommy", czwarty album angielskiej grupy, ukazał się w 1969 roku i opowiadał historię niewidomego, niesłyszącego i niemego chłopaka, który nie dość, że świetnie gra na flipperach to jeszcze zostaje guru sekty. Płyta odniosła wielki sukces, jej filmowa wersja (1975) jeszcze większy, co ośmieliło innych artystów do spłodzenia podobnych, wielowątkowych dzieł. Kinks na ten przykład zaproponowali patriotycznego kolosa "Arthur (Or the Decline and Fall of the British Empire)", a potem serię innych podobnych wydawnictw, Lou Reed zwiedzał ponure zakamarki "Berlina", a Pink Floyd zbudowali "The Wall". Że to nie rock-opera, ale stary dobry album koncepcyjny? No właśnie, ta granica też jest płynna i zależy raczej od deklaracji twórcy niż czegokolwiek innego. Tak czy owak, w latach 70. podobnych historii powstawało wiele, modzie nie oparli się nawet David Bowie ("The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders From Mars") i Frank Zappa ("Joe's Garage"). Za pisanie oper rockowych wzięli się też ludzie, którzy rockmanami za nic być nie chcieli, czego najlepszym przykładem szacowny Andrew Lloyd Webber i jego świetna skądinąd "Jesus Christ Superstar" (1970). Bombę patosu i wybujałych ambicji rozbroili dopiero punkowcy, którzy wciągnęli rock-opery z albumami koncepcyjnymi pospołu na indeks form zakazanych. Renesans tej formuły nastąpił dopiero w latach 90. Dziś kochają się w niej metalowcy i progrockowcy (o progmetalowcach nie wspominając! – oni chyba nie wiedzą, że można nagrywać inne płyty), ale od biedy za rock-opery można uznać też "Mechanical Animals" Marilyn Mansona czy "The Hazards of Love" The Decemberists. Wszystko na głowie postawili Green Day, wydając "American Idiot", czyli – jak chciał sam zespół – pierwszą punkową rock-operę. Sid Vicious przewraca się w grobie…


"Jesus Christ Superstar" w londyńskim The Palace Theater   fot. East News

Fani zespołu Klan twierdzą, że pierwszą polską operą rockową było "Mrowisko", dźwięki stworzone w 1970 roku na potrzeby spektaklu o tym samym tytule i rok później wydane na płycie. Owszem, rzecz to zacna, ale jaka z "Mrowiska" opera, skoro to był balet? Palmę pierwszeństwa wypada więc przyznać "Nagiej", rock-operze spłodzonej przez Niebiesko-Czarnych i gości (w tym jazzmana Zbigniewa Namysłowskiego i Andrzeja Zielińskiego ze Skaldów). Rzecz jest ponoć o "poszukiwaniu prawdy i egzystencjalnego wyboru sposobu życia", ale kto by tam to skumał? Ważne, że tytuł był jak na owe czasy niesłychanie odważny i prowokacyjny, a muzyka aktualna i światowa, bo trudno było o coś bardziej gorącego, niż obrzeża jazzu i psychodelicznego rocka. Do tego - potrafili się zabawić nasi rodzice, nie ma co! - na scenie naprawdę pojawiało się nagie dziewczę, symbolizujące rzecz jasna nagą prawdę.

Wielkim sukcesem była wspominająca Grudzień'70 i prorocza wobec stanu wojennego "Kolęda Nocka" (1980) Ernesta Brylla i Wojciecha Trzcińskiego, z pamiętnym "Psalmem stojących w kolejce" – ale mało w tym było rocka. Zmartwychwstaniem gatunku na polskiej scenie miało być coś zatytułowane "Big Popiel. Mysia opera", czyli śpiewana groteska autorstwa Katarzyny Gaertner (kompozytorka "Psalmu stojących…") i Grzegorza Walczaka (ten sam pan napisał słowa do "Nagiej"). Miał być seks, Monty Python i multimedia, ale chyba nie wyszło, bo spektakl, który miał premierę w lutym 2002 roku, szybko zniknął z afisza. Zostały tylko recenzje, na przykład takie: "Miało być śmiesznie i z refleksją - wyszło nudno i głupio. Całość - dla miłośników disco polo i kawałów o blondynkach".

"Krzyżacy" reklamowani są jako pierwsza polska rock-opera od wielu lat. Prawda to? Niekoniecznie. I to nie tylko dlatego, że niektórzy w ten sposób postrzegają Lao Che i ich "Powstanie Warszawskie". Otóż jak donosi "Kurier Wileński" z 21 grudnia 2009 roku, zespół folklorystyczny Zgoda, chluba Wileńszczyzny, swoje dwudziestolecie uświetnił rock-operą napisaną na podstawie "Pana Tadeusza". Recenzent "Kuriera…" nie pozostawia cienia wątpliwości – było grubo: "W ciągu półtorej godziny zespół zgrabnie zaprezentował całą mozaikę stylów muzycznych, rozpoczynając od muzyki ludowej, poprzez rock, rapp, blues, a także klasykę. Nie obyło się bez instrumentów elektronicznych (gitar, perkusyj, organów), jak też bardzo nowoczesnej oprawy świetlnej, dzięki której uzyskano niesamowite efekty".
Wiem, wiem – "Pan Tadeusz" w wersji Zgody powstał na Litwie i o ile mi wiadomo, nie był nawet pokazywany w Polsce, ale twórcy dzieła o naszych przewagach pod Grunwaldem powinni liczyć się z dorobkiem Obojga Narodów.

Czy równie niesamowite efekty czekają nas na "Krzyżakach"? A może formuła opery rockowej to ramota, tak samo nieaktualna, jak zapisy traktatu toruńskiego? Mam swoje zdanie, ale póki co wolałbym schować się z nim w leśnym cieniu. Niechże się "Krzyżacy" pocą w otwartym polu, niech dowiodą, ile są warci.

Topór w operze - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!

Na rozgrzewkę laureaci konkursu Zrób Głośniej na T-Mobile Nowe Horyzonty, zespół Bubble Chamber, a potem szalony show w wykonaniu Peaches - piątek we wrocławskim Arsenale zapowiada się bardzo imprezowo.


Peaches czeka na Was na Scenie Muzycznej T-Mobile Nowe Horyzonty

Muzyka Peaches trafnie określana jest mianem sekstroniki, a jej teksty nie stronią od kontrowersyjnych tematów związanych z polityką i seksem. Tym razem artystka zaprezentuje we Wrocławiu elektryzujący performance DJ Extravaganza Show, podczas którego towarzyszyć jej będą neoburleskowe tancerki, które podkreślą prowokacyjny styl artystki.  Performance największej skandalistki we współczesnej popkulturze rozpocznie się 27 lipca o godz. 22:00.

ZOBACZ, CO SIĘ DZIEJE NA SCENIE MUZYCZNEJ T-MOBILE NOWE HORYZONTY
WIDEO: ODKRYWAMY MUZYCZNE HORYZONTY

Wcześniej na scenie zagra Bubble Chamber - zespół, który powstał w 2011 roku w Trójmieście. Kapela porusza się w obszarze muzyki elektronicznej, garściami czerpiąc z estetyki dubstepu i drum'n'bass, utwory rozpisując na żywe instrumenty. Miejscami transowi, skręcający w stronę dubu i breakbeatów, nie pozwalają słuchaczom na nudę. "Bańki" lawirują między gatunkami, nie pozostawiając nikogo obojętnym na ciężkie basowe wobble i perkusyjne improwizacje.

A już jutro, w sobotę, na scenie muzycznej T-Mobile Nowe Horyzonty pojawią się siostry CocoRosie objawienie freak-folku i nurtu New-Weird America. We Wrocławiu zaprezentują się z projektem "We Are On Fire", a na scenie towarzyszyć im będą Rajasthan Roots – grupa muzyków z Indii oraz beatboxer Tez.

Polecamy codzienne relacje z festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty

Ekstrawagancki show Peaches - opinie i komentarze (0)

Aby dodać opinię, pytanie lub komentarz podaj swoje dane w polach poniżej. Pola oznaczone gwazdką (*) są obowiązkowe.

Lepiej w t-mobile

Galaxy S7 już jest! I to z Gear VR w prezencie! Sprawdźcie!
Podziel się