T-MOBILE MUSIC
RELACJA: Keine Grenzen
Koncertami w ramach trasy Made In Germany 1995-2011, muzycy Rammstein udowadniają, że nie znają żadnych granic, jeżeli chodzi o rozmach swoich widowisk. W sopockiej Ergo Arenie był ogień, gotowanie żywcem, spektakl SM, wielki penis i jeszcze raz ogień.
Sopot, leniwe wtorkowe popołudnie. Jedna z popularnych nadmorskich tawern. Koło mnie siedzi przy stoliku para. Oboje na oko lekko po pięćdziesiątce. Nagle Ona wyjmuje plik zadrukowanych kartek. "Co tam masz?" - pyta On. "Jak to co? Teksty! Jeszcze nie wszystkie znam na pamięć!" - odpowiada Ona.
Wielka jest moc Rammstein.
Coraz trudniej rozpatrywać spektakle Rammstein w kategoriach normalnego koncertu rockowego. I chociaż standardy gigantomanii w tym zakresie wyznaczali niegdyś The Rolling Stones, U2, czy nawet AC/DC (to nie żarty!), w porównaniu z tym, co obecnie prezentują Niemcy, ich spektakularne przecież popisy wydają się jakąś nieśmiałą wprawką. No może za wyjątkiem Bono i kolegów, którzy jednak są zespołem stricte stadionowym, a Rammstein gra głównie w halach i arenach sportowych. Nie o liczbę sprzedanych biletów tu jednak chodzi, ale rozmach i spójność wizji. Ktoś może z łatwością podnieść argument, że w koncertach niemieckich pirotechników muzyka schodzi na drugi, a nawet trzeci plan, przesłonięta efekciarską otoczką. To trudna do podważenia, ale jednocześnie kompletnie nieuprawniona teza. Rammstein dopiero w otoczeniu oszałamiających efektów świetlnych, ścian ognia i w wymyślnym anturażu scenicznym, czują się jak makrele w tomacie. To ich środowisko naturalne, które dla każdego innego zespołu na świecie byłoby sztuczne i pretensjonalne. W wykonaniu Berlińskiej Szóstki jest to idealne dopełnienie jednego z najlepszych koncertowych show, jakiego można teraz być świadkiem.

fot. Medium
Nie dziwi mnie wcale, że zainteresowanie koncertem było tak duże, że dołożono drugi koncert w tym samym miejscu. Na 14 listopada już od miesięcy nie było biletów i chociaż kolejny dzień nie przyciągnął kompletu, odbyło się to tylko z korzyścią dla komfortu uczestnictwa w spektaklu. Zaskoczyli praktycznie od początku, nie pojawiając się na scenie, ale wmaszerowując na nią od strony publiczności – gęsiego w szeregu z pochodniami – po wielkim trapie podwieszonym pod sufitem. Przemarsz chwilę trwał i przypominał wprowadzanie zawodników na ring bokserski, co na pewno spodobało się obecnemu na koncercie Dariuszowi Michalczewskiemu.
Od "Sonne" rozpoczął się prawdziwy show – wśród snopów iskier, ognistych kul; patetyczny i niezwykle głośno brzmiący. I tak miało być przez bite dwie godziny, odmierzone z iście niemiecką precyzją. Żaden element koncertu nie mógł być przypadkowy, muzycy musieli stać w ściśle wyznaczonych miejscach, kiedy koło nich w powietrze wzbijały się kolejne gejzery ognia albo płonęły im statywy mikrofonów. W tym przypadku nie mogło być mowy o spontanicznych przebieżkach po scenie, ale chyba wszyscy obecni zdawali sobie sprawy z zaprogramowanej konwencji koncertu. Opis wszystkich atrakcji, które zaserwowali nam Niemcy chyba mija się z celem, a mnogość wrażeń była tak oszałamiająca, że można było w ciągu minuty zapomnieć, co działo się podczas poprzedniego utworu. Nie brakowało co prawda grepsów znanych już z poprzednich tras, ale na "Made In Germany Tour" wszystko było "besser, lauter, härter".
Novum okazało się na pewno zastosowanie małej sceny, ulokowanej mniej więcej w połowie płyty hali, na której zespól nieprzyzwoicie stłoczony jak na swoje standardy, zagrał trzy utwory w tym "Ohne Dich" w zielonej, efektownej poświacie. Ciekawe było samo wprowadzenie na mniejszą scenę. Najpierw pojawił się na niej dzięki jakiejś kuglarskiej sztuce sam Richard Krupse i zaczął grać na śmiesznym klawiszu wstęp do "Bück Dich". Chwilę potem na trap do niej prowadzący, weszli na czworakach pozostali muzycy grupy w skórzanych uprzężach, trzymani na smyczy przez przebranego za blondynkę perkusistę Christopha Schneidera. Co jakiś czas smagał ich bacikiem i wyglądało to dość komicznie. Kulminacje pirotechnicznych fajerwerków miały miejsce w trakcie "Feuer Frei" (wiadomo), i "Du Hast", a w pewnym momencie gitarzyści dali pokaz umiejętności gry na płonących instrumentach. Przepisy przeciwpożarowe panowie muszą mieć opanowanie w stopniu nadzwyczajnym. Rammstein wpędziliby w głęboką konfuzję organizatorów jakichkolwiek imprez sylwestrowych w tym kraju.
Nie zabrakło także gotowania klawiszowca w wielkim garze podczas "Mein Teil", przejazdu pontonem tego ostatniego po głowach publiczności w trakcie "Haifisch" (czyli "Rekin") lub deszczu biało-czerwonego konfetti w finale "Amerika". Repertuarowo nie obyło się również bez niespodzianek dla starszych fanów, w postaci "Wollt Ihr Das Bett In Flammen Sehen?" czy wspomnianego "Bück Dich". Mnie szczególnie ucieszyło "Mutter" i "Mein Herz Brennt", podczas których stężenie patosu sięgnęło zenitu i pewnie sam Wagner przytupywał z uznaniem nogą w Walhalli, czy gdzie on tam teraz się znajduje.
Po "Ich Will", zespół zszedł po raz drugi ze sceny, żeby powrócić na dokładkę. Podczas "Pussy" do fosy wjechała armatka, która po ściągnięciu z niej plandeki okazała się wielkim penisem, na który usiadł okrakiem Till Lindemann i… No cóż, bardzo gruby to był żart i widziałem, że co bardziej wrażliwe osoby uciekały poza "strefy zrzutu" zawartości tego "sprzętu", którym okazała się na szczęście mydlana piana. Nikt jednak nie powiedział, że Rammstein bawi się w jakiekolwiek subtelności i nawet to, trzeba było chyba przyjąć (tfu, tfu) z całym dobrodziejstwem inwentarza. Koncert zakończył tradycyjnie "Engel", w którym wokalista zaśpiewał z płonącymi skrzydłami przytwierdzonymi do pleców. Gdy wszystko się szczęśliwie udało, nie mniejszy aplauz od wniebowziętej i przypalonej z wszystkich możliwych stron publiczności, wygenerowała pokaźna ekipa ratowników medycznych i strażaków stojących po bokach sceny.
Oj, będzie co wspominać. A ja tylko dodam, że Rammstein zrobił moim skromnym zdaniem, więcej dla polsko-niemieckiego pojednania niż całe tabuny polityków i organizacji pozarządowych od czasów II wojny światowej. Widzieć tysiące Polaków, śpiewających wcale nie pod przymusem, niemieckojęzyczne teksty i Lindemanna, który odwdzięcza się za przyjęcie nienaganną polszczyzną - bezcenne.
Przed R+ wystąpił jeszcze szwedzki Deathstars i muszę przyznać, że był to idealnie dobrany support. Ich zmetalizowany rock z domieszką EBM i darkwave zapewnił zgromadzonym solidną, ponad półgodzinną rozrywkę, chociaż pewnie w większej dawce mógłby zmęczyć. I tylko śmiać mi się trochę chciało, gdy widziałem te lateksowe pląsy w wykonaniu Emila Nödtveidta (kiedyś w blackmetalowych Dissection i Swordmaster). Ech, zmieniają się czasy i ludzie.
Rammstein, Deathstars, Sopot Ergo Arena, 15 listopada 2011
-
9.12.2011dodany przez: Castel666
To był moj 3 koncert R+ i po raz kolejny wrazenie takie jak bym był 1 raz! -
komentarz
