T-MOBILE MUSIC
RELACJA: Lepsi niż muzyka
Tinariwen dali w Palladium bardzo dobry koncert.
1. Tinariwen są lepsi niż ich muzyka. Wykonywanie jednej i tej samej stylistyki przez całe życie uczyniło ich mistrzami poziomu mikro: samo brzmienie gitar, śpiewanie na spółgłoskach, potężny groove osiągany tak prostymi środkami – pojedynczy bęben plus bas – we wszystkim tym słychać dekady.

zdjęcia: Rafał Nowakowski
ZOBACZ GALERIĘ ZDJĘĆ Z KONCERTU TINARIWEN
2. Zagrali nam jedną piosenkę kilkanaście razy. Na żywo dorobek Tuaregów okazał się jeszcze bardziej jednolity, niż na płytach. Szybko przestałem zastanawiać się: "Skąd ten kawałek?". Z pustyni.
3. Dech w piersiach, przynajmniej moich, zapierali trzy razy. Gdy skorzystali po raz pierwszy z wszystkich mikrofonów, nie było wiadomo: klaskać czy uciszać klaskających? Takich wątpliwości nie miał już prawie nikt, kiedy na scenę pod koniec koncertu samotnie wyszedł obdarzony potężną czupryną oraz głosem idealnym lider Ibrahim Ag Alhabib. Trzecie zaparcie to moment, gdy drugi gitarzysta i wokalista Abdallah Ag Alhousseyni zarapował.
4. Ibrahima mógłbym słuchać solo do końca życia. Ale z pozostałą piątką też komponuje się cudownie, bo jego głos zestrojony jest o jakieś pół oktawy niżej. Za to gitary zmieniał chyba na pokaz, bo żadna nie brzmiała szlachetniej niż inne.
5. Leworęczny basista Eyadou Ag Leche od razu przypadł mi do serca, bo grał na gitarze praworęcznej, tyle że obróconej do góry nogami. Po tym poznać samouka – nie wiedział, że struny można przepleść – albo kogoś, kto długo nie miał własnej gitary - korzystał z pożyczanych i przeplatanie było wykluczone. Coś o tym wiem, bo do dziś sam gram z potencjometrami ku górze. I w porządku, Hendrix też tak miał, podobnie jak na początku McCartney i Cobain.
6. Chórzysta Wonou Walet Sidati w czasie wolnym od śpiewu zaprezentował nam chyba wszystkie figury taneczne zachodniego Sahelu.

7. Wizualnie Tinariwen to zresztą rozkosz osobna: wyszli w barwnym arabskim rynsztunku i z zamaskowanymi twarzami – nie odsłonił jej do samego końca gitarzysta rytmiczny. Perkusista kończył z zasłoniętymi oczami.
8. Na żywo muzyka Tinariwen traci nieco na bluesie, a zyskuje na akcentowanym "na raz" funku. Z łatwością rozbujali więc prawie całe Palladium, jakby chcieli powiedzieć: pokontemplujecie w domu. Tuż przed finałem urządzili nawet małe disco. Gdy otoczenie poszło w tany, ja głowiłem się, w którym to momencie z krótkiego 3/4 przeszli na parkietolubne metrum 2/4 – i nic nie wymyśliłem.
9. Afrykańskich gości supportowało poznańsko-krakowsko-lwowskie trio DagaDana: elektronika, kontrabas, pianino. Połączyli ludowe słowiańskie melodie z programowanym bitem, zaangażowali publiczność w klaskanie pod dyrekcją dmuchanego młotka i rozrzucili w publiczność rury, które podczas kręcenia wytwarzały ambient. Jeśli lubicie ich płyty, to na żywo są jeszcze bardziej kolorowi.
10. Mała podpowiedź, zachęta, prośba do organizatorów: Tamikrest. Równie dobrzy i równie zamaskowani.
Tinariwen, DagaDana – 22 października, Palladium, Warszawa
