T-MOBILE MUSIC
RELACJA: Open’er niekochany
Dlaczego warto było nie iść na Prince’a? Przeczytaj w relacji z tych koncertów, na których zapewne nie byłeś, bo nie było prawie nikogo.
Kto choć raz odwiedził Open’era, pamiętać będzie tłumy wędrujące od sceny do sceny. Jednak oprócz koncertów ściągających wielotysięczne widownie, na gdyńskim festiwalu nie brakuje takich, gdzie pod sceną stoi ledwie garstka osób. Z premedytacją, na przekór prasowym rekomendacjom i gustom znajomych, przez cztery dni chodziłem na właśnie takie występy. I wiecie co? Zobaczyłem w ten sposób parę naprawdę dobrych koncertów!
Lody (Dzień 1, godz. 2.00, Alter Space)
A wszyscy szli wtedy na… autobus do domu
Jako że pociąg z Warszawy do Trójmiasta jeździ obecnie wolniej niż za hitlerowskiej okupacji (serio), na pierwszy dzień festiwalu trafiłem zdecydowanie później, niż miałbym na to ochotę, więc został mi do obejrzenia tylko jeden koncert. Lody – wbrew nazwie – nie okazali się robić ponurej zimnej fali, nie okazali się też słodkimi wesołkami, lecz twórcami electroclashu, dość zachowawczego niestety. Uwagę zwracały ich odzienia z futra (prawdopodobnie lisie na wokalistce oraz naturalne ludzkie na jej obsługującym komputer i perkusję towarzyszu, który występował bez koszulki) i obecni na scenie kiczowaci tancerze. Melodie natomiast nie bardzo, bo prawie identycznych zespołów było parę lat temu w Polsce na pęczki (pamiętacie Yummy Cake albo Nun?). Może gdyby lepiej wykorzystali żywą perkusję, to byłoby ciekawiej? Mam nadzieję, że poszli w niedzielę na These New Puritans, żeby zobaczyć, co z nią mogą zrobić.
New New (Dzień 2, godz. 16.30, Young Talents Stage)
A wszyscy szli wtedy na… bazar po parasol
Nadrabiając zaległości dnia poprzedniego, postanowiłem zobaczyć jak wyglądają te koncerty, na które wybierają się zazwyczaj głównie znudzeni mieszkańcy pola namiotowego. Pogoda sprawiła, że drugiego dnia nawet ich zabrakło pod sceną – cóż, nikomu nie życzyłbym znaleźć się w tej ulewie. Tym bardziej, że koncert New New nie porwał. Może sześć lat temu nazwałbym ich nadzieją polskiego dance punka, może umieściłbym w towarzystwie, khem, Out Of Tune. Dziś mogę jedynie powiedzieć, że to zespół niepotrzebny, a słuchając go zastanawiałem się, czy aby na pewno wybrałem dobry klucz do spędzenia festiwalu.

Très.b bez motylka. I bez Gawlińskiego. fot. Monika Baran
Très.b (Dzień 2, godz. 19.30, Young Talents Stage)
A wszyscy szli na… Brodkę
Nie pomyślałbym, że pierwszy festiwalowy koncert, który naprawdę mi się spodoba, będzie tym do którego żywiłem tak duże uprzedzenie. Très.b pamiętałem bardzo mgliście z jakiegoś małego koncertu parę lat temu, natomiast znacznie lepiej zachowały mi się w pamięci opinie, że ten zespół to "takie Wilki z laską na wokalu", czy że "ich jedynym atutem jest bardzo ładna wokalistka i jej basowa gitara w kształcie motyla" – na dodatek płyta spłynęła po mnie zupełnie, a teledysk z wesołym miasteczkiem wywołał na twarzy nieschodzący przez trzy dni grymas zniesmaczenia. Pewien byłem, że zobaczę ze dwa kawałki, aby mieć czym wypełnić wiadro pomyj i jadu, które na nich wyleję. A jednak oszczędnie zaaranżowane utwory, ciepłe brzmienie perkusji i nienachalny urok całego koncertu sprawił, że zostałem do samego końca. I tylko kiedy zdecydowali się skowerować Republikę, lekko zgrzytnęły mi zęby.
Igor Boxx (Dzień 2, godz. 20.30, Alter Space)
A wszyscy szli na… British Sea Power
Jednak nie wszyscy. Zaskoczenie – pełen namiot! Czyżby wszystkim – tak jak mnie – spodobała się zeszłoroczna solowa płyta zasłużonego w Skalpelu Igora Pudło? Nie, to tylko nieustający deszcz sprowadził pod dach tłum przypadkowych ludzi (musiałem zresztą wyglądać na jednego z nich, kiedy przemoczony łapczywie pochłaniałem frytki). Mieli szczęście, że zdecydowali się wysuszyć właśnie na tym koncercie! Oprócz dwóch kolegów z laptopami i klawiszem, Igora wspierał obój i saksofon – to był zwycięski ruch. Minimalistyczna, zachodnia elektronika (w sensie bliskich Berlina Ziem Zachodnich, choć w sensie osławionej zachodniej jakości też) złamana przez organiczne instrumenty dęte brzmiała zaskakująco i przede wszystkim niegłupio. Tylko dlaczego tańczyło jedynie sześć osób?

Autor na koncercie zespołu Niechęć fot. Stanisław Legus
Niechęć (Dzień 3, godz. 22.30, Alter Space)
A wszyscy szli na… Prince’a
Poprzeczka została ustawiona wysoko – chwilę wcześniej Les Claypool z Primus grał na swym basie niczym na perkusji, a ja pierwszy raz widziałem, by czyjeś dłonie poruszały się jak dwa pająki. O dziwo, doskoczyć do tej poprzeczki udało się Niechęci – jazzowemu zespołowi z Warszawy, niemal zupełnie zignorowanemu przez festiwalowiczów. To był pierwszy koncert, który wywołał u mnie ciarki – w zasadzie tak intensywne, że czułem je przez cały występ. Przytłaczające było w zasadzie wszystko: perkusja, która pod mocarnymi uderzeniami zdawała się to wzbijać się w powietrze, to giąć się i kurczyć; psychodeliczna gitara, niestety zagłuszana miejscami przez monolityczną, a jednak zwiewną linię basu. Atmosfera koncertu najdosadniej skondensowała się w “Marszu Żałobnym”, zdekonstruowanym przez zespół w jednym z kulminacyjnych momentów (a było ich wiele, tak jak wiele było emocji przekazywanych w muzyce). Nie jestem znawcą jazzu, nie będę się silił na porównania do innych przedstawicieli gatunku – dla mnie ten koncert był jak występ Swans, Shellac i Sonic Youth razem wziętych. Widziało go jednak nie więcej niż sto osób – Prince i fajerwerki wygrały, trochę szkoda. Mam nadzieję, że ta historia skończy się tak jak w przypadku legendarnego występu Sex Pistols w Manchesterze w 1976 roku, którego publiczność, choć malutka, pozakładała potem takie zespoły jak The Buzzcocks, The Smiths, Joy Division czy The Fall.
The Black Tapes (Dzień 4, godz. 18.00, Main Stage)
A wszyscy szli na… festiwalowy autobus, żeby się nie spóźnić na tragiczne The Wombats
Umieszczenie tych rokendrolowców na głównej scenie było dla mnie sporą niespodzianką. W drodze na występ zastanawiałem się, jak mogą wykorzystać tę okazję – czy będą ognie, lasery, dzikie węże i solówki w stylu Scorpionsów? Nic z tych rzeczy, koncert wyglądał tak samo, jak ich występy w maleńkich klubach (jeden z członków ewidentnie nadużył nawet alkoholowej hojności organizatorów – wszystko się zgadzało). Ostre gitarowe granie sprawiło, że przez chwilę poczułem się jak jakimś innym, czarniejszym i bardziej kudłatym festiwalu: Rock Im Park albo innym Jarocinie. Energia była silna, ale dość jednostajna – też standard u Black Tapesów. Chciało się poskakać do tej muzyki, ale nie przez cały koncert, tylko przez jakieś 20 minut, a potem pójść na piwo. To jednak i tak pięć minut dłużej, niż w przypadku nudnawego występu The Strokes.
