T-MOBILE MUSIC
RELACJA: Dobrze przemyślany chaos
M.I.A. - to do niej należała scena ostatniego dnia festiwalu Open'er. Zanim zaprosiła wszystkich do swoich psychodelicznych zabaw, koncertowe zaległości w naszym kraju nadrobiła także grupa The Strokes.
Po trzech nierównych dniach festiwalu, których program został oparty głównie na występach sprawdzonych headlinerów, ostatni dzień Open'era był pod tym względem najbardziej urozmaicony i interesujący, dzięki czemu przyjemnie było wędrować od sceny do sceny. Sprzyjało temu słońce, które w końcu zlitowało się nad festiwalowiczami i od samego rana świeciło na bezchmurnym niebie.

fot. Medium
W takiej scenerii The Wombats, którzy trochę niespodziewanie wylądowali na głównej scenie, skutecznie zdołali rozruszać festiwalową publiczność. Jakoś nigdy nie mogłem przekonać się do tego zespołu, który poza dziwną nazwą, odstraszał mnie jeszcze dziwniejszymi tytułami piosenek, ale chwytliwe melodie, które zaprezentowali w trakcie występu, głównie z najnowszej płyty, na której sięgnęli po syntezatory i taneczne bity, zabrzmiały przyjemnie i niezobowiązująco. Kto chciał mógł potańczyć, kto wolał oszczędzać siły na The Strokes i M.I.A. mógł położyć się na trawie i łapać resztki wieczornego słońca. Ja wybrałem trzecią opcję - koncert Jamesa Blake'a.
Plotki dotyczące tego, że na żywo muzyk wypada dużo słabiej niż na płytach sprawdziły się w połowie i to niestety na starcie koncertu. Zagrane na początek "Unluck" i "I Never Learnt to Share" wymknęły się Blake'owi spod kontroli. I to nie tyle jemu, co towarzyszącym mu muzykom, którzy przeholowali nieco z dźwiękowym tłem, całkowicie zasłaniając melodie grane przez Jamesa. Na szczęście w miarę trwania koncertu robiło sie już coraz przyjemniej. Przed wykonaniem "CMYK", artysta podziękował wszystkim, którzy wspierali go jeszcze przed wydaniem debiutu, przypomniał też o swojej ubiegłorocznej wizycie na festiwalu Unsound w Krakowie. W trakcie całego koncertu wydawał się mocno zaskoczony przyjęciem - namiot był pełen ludzi, a reakcje publiczności bardzo entuzjastyczne.

fot. Medium
Przyjęciem zaskoczeni musieli być również muzycy The Strokes, którzy pojawili się w Polsce po raz pierwszy, ale o dobrych kilka lat za późno. Na obronę można powiedzieć, że w czasach kiedy festiwal rozkwitał, nowojorczycy akurat zawiesili działalność. Dzięki temu pod sceną, znalazło się sporo dwudziestokilkulatków, którzy w 2001 roku nosili trampki, chcieli wycinać solówki jak Nick Valensi i wyglądać jak Julian Casablancas. Kapela zagrała prosty set, oparty głównie na najmocniejszych utworach, skrojonych pod festiwalową publikę, których w dyskografii mają pod dostatkiem. Zaczęli niespodziewanie i mocno od "New York City Cops" i "The Modern Age", później potoczyło się już gładko. Casablancas wielokrotnie w trakcie koncertu korzystał ze schodów prowadzących prosto w publikę, przez co kilka utworów zaśpiewał wspólnie z widownią. Odpuścili sobie bisy, ale do samego końca dawali z siebie wszystko.
W oczekiwaniu na M.I.A. zajrzałem na moment do namiotu, gdzie akurat grali Hurts. Nie ukrywam, że ich synteza tego, co najlepsze w new romantic, od początku wydawała mi się podejrzana i lekko naciągana, ale postanowiłem przekonać się na własnej skórze jak sobie poradzą na żywo. Do odwiedzenia Tent Stage zachęciła mnie dodatkowo pozytywna relacja z ich występu na festiwalu Glastonbury. Grupa, którą jeszcze do niedawna ledwo co było stać na klip za kilkadziesiąt funtów, pojawiła się na scenie w pełnym koncertowym składzie, z żywą perkusją i smyczkami. I chociaż dzięki temu zabrzmieli bardzo porządnie, to sam lider Theo Hutchcraft, w przeciwieństwie do swoich idoli z lat 80., okazał się na bardzo słabym frontmanem.

fot. Medium
Z całą pewnością nie można tego powiedzieć o M.I.A., która swoim koncertem od samego początku wprowadziła wszystkich w trudny do opisania psychodeliczny trans, rodem z najdzikszych filmów Bollywood, który trwał przez blisko półtorej godziny. Artystka w końcu mogła odkuć się za swoją nieobecność na Open'erze w 2008 roku. Jej tegoroczny występ można by określić trzema słowami: dobrze przemyślany chaos. Zarówno wizualizacje, jak i muzyka, w której mieszała przeróżne style, wypadły bardzo spójnie. Dzięki niespodziewanym akcjom, jak wprowadzanie na scenę fotografów czy kilkudziesięciu festiwalowiczów, widzowie na moment tracili wrażenie bycia na festiwalu i przenosili się na moment do jednego z londyńskich klubów. Gdyby chciała oprzeć set na samych singlach pewnie i tak nie starczyłoby jej czasu, wybrała więc te najlepsze. Świetnie sprawdziły się zarówno starsze kawałki, jak "Galang", "Bucky Done Gun", jak i nowsze w tym "Born Free" i "Meds and Feds". Na finał nie mogło zabraknąć "Paper Planes", któremu towarzyszyło już absolutne szaleństwo.
Podsumowując dziesiątą edycję Open'era, trzeba przyznać, że tegoroczna odsłona na pewno zapisze się w pamięci słuchaczy dzięki kilku niepowtarzalnym koncertom, ale raczej nikt nie będzie wspominał samego klimatu i charakteru imprezy, a przecież o to chodzi na dużych festiwalach. Nawet fajerwerki wypuszczone z okazji jego 10-lecia wypadły dość blado. Alter Artowi należą się podziękowania za sprowadzenie kilku wyjątkowych artystów, którzy w większości powtarzali jedno: "To nasz pierwszy koncert w Polsce". Jak pewnie nietrudno się domyślić, tych wielkich nieobecnych jest już jednak coraz mniej i Open'erowi przydałaby się nowa formuła. W miejsce sprawdzonego klucza i ogranych gwiazd, czas teraz zaskoczyć słuchacza czymś naprawdę świeżym i nowym.
