T-MOBILE MUSIC
RELACJA: Wszyscy jesteśmy hardkorami
Drugi dzień Open'era upłynął pod znakiem deszczu, zimna i rzucającego wyzwanie warunkom pogodowym Jarvisa Cockera. Lider Pulp, jako frontman, położył Chrisa Martina na łopatki.
Kiedy wczoraj zachwycałem się formą Coldplay, naszły mnie obawy, czy Pulp uda się w podobny sposób zdobyć publikę. Nawet nie podejrzewałem, jak bardzo się myliłem. Choć grupa Jarvisa Cockera ma w Polsce mniejszą bazę fanów niż Coldplay, okazało się, że wystarczy odpowiednie podejście do słuchaczy, by kupić ich już na starcie i to w warunkach utrudniających pracę na scenie. Jeśli ktoś przed tym koncertem nie należał do fanów Pulp, to po nim z pewnością sięgnie po płyty grupy. Zanim jednak kapela zagościła na głównej scenie, przez festiwal przewinęło się kilku innych artystów.

fot. Tomek Kamiński / Alter Art
Więcej zdjęć z tegorocznej edycji Open'era - kliknij tutaj!
Jako pierwsi z zacinającym na scenę deszczem musieli poradzić sobie muzycy Pogodno (nazwa jak widać na nic się tutaj zdała). Jeśli ominęły was ostatnie wieści z obozu zespołu, to przypominamy - grupa ma nowy skład. Budyń pojawił się na scenie z trębaczem Antonim Gralakiem, perkusistą Pawłem Osickim i grającym na wszystkim Bajzlem. W odświeżonej formie zagrali głównie najnowsze numery, najdalej zapuszczając się w rejony "Opherafolii". Na nic nie zdały się prośby fanów, którzy w pewnym momencie zaczęli śpiewać refren "Orkiestry". Budyń szybko stłumił ten entuzjazm wykonując kawałek "Owoce" ze swojej solowej płyty, w którym daje wyraźnie do zrozumienia, że piosenki "mają swój czas, a potem można je dostać w ciuchbudzie". Wygląda na to, że takie kawałki, jak "Zasilanie", "Pani w obuwniczym" i "3 chłopców" na dobre trafiły do archiwum zespołu. Cóż, szkoda.
Potem przyszła kolej na wycieczkę na scenę namiotową, gdzie wystąpili D4D. Czy wspominałem o tym, że Tent Stage jest zdecydowanie zbyt daleko ustawiona? Odległość dzieląca ją od głównej skutecznie uniemożliwia swobodne przemieszczanie się pomiędzy koncertami. Niemniej w trakcie ulewy było to jedno z niewielu miejsc, gdzie można było odetchnąć. D4D postawili na całkowitą zmianę wizerunku - futerka i kostiumy greckich bogów zamienili na obcisłe sweterki, białe koszule i szelki. Zaprezentowali też nowe aranżacje starych kawałków i ambitne spojrzenie na te najnowsze. Wszystko statecznie i poprawnie, ale zgubili gdzieś energię, do której przyzwyczaili nas na koncertach. Miałem w głowie ich dziki występ na dachu autobusu podczas ubiegłorocznej edycji festiwalu Nowa Muzyka, gdzie z trudem pomieścili się z zespołem Loco Star, ale zabrzmieli świetnie. Do dziś żałuję, że nie nagrali wspólnie płyty. Tutaj miejsca mieli więcej, ale zabrakło w tym trochę życia.
Monika Brodka przywitała publiczność żartem "witamy na festiwalu Glastonbury" (słynącym z deszczowej pogody), który okazał się proroczy - w trakcie jej występu rozlało się na dobre. Było widać, że chce pokazać się z jak najlepszej strony, ale zarówno deszcz, jak i pora dnia, a do tego zabawy realizatora dźwięku, skutecznie uniemożliwiły Brodce wykonanie stu procent koncertowego planu. Fani jej ostatniej płyty pewnie byli zadowoleni, ale ja, licząc wcześniej na spore zaskoczenie, czułem się odrobinę zawiedziony. Jak widać wielkie festiwale jeszcze nie są dla niej. W połowie koncertu – wiele nie straciłem, bo ulewa spowodowała awarię prądu i Monika musiała zejść ze sceny przed czasem, na pożegnanie wykonując a capella "Girls Just Wanna Have Fun" Cyndi Lauper - wróciłem do namiotu, gdzie zaraz mieli wystąpić British Sea Power. Kupili mnie całkowicie swoją przedostatnią płytą "Do You Like Rock Music?" i występem na OFF Festivalu w 2008 roku. W Gdyni pojawili się z nowymi piosenkami, ale nieco mniejszymi siłami. Nie wiem, może to zmęczenie trasą, ale dali z siebie połowę tego, co trzy lata temu.
Pogoda czy nie, trzeba było stawić się pod główną sceną, nad którą widniał przyciągający fanów z daleka, wielki napis Pulp. Jarvis Cocker od samego początku dał do zrozumienia, że nie ma sensu narzekać na deszcz, skoro przyjechali do Polski na swój pierwszy koncert. Rzucił na powitanie: "Zostaniemy tu tak długo, jak wy" - i dotrzymał obietnicy przez następnych kilkanaście numerów. Jarvis pokazał, że jest frontmanem z krwi i kości, a Chris Martin powinien był zostać w Gdyni dzień dłużej, usiąść za kulisami i robić notatki z zachowania na scenie w warunkach ekstremalnych. Było wszystko - czytanie tekstów po polsku, rzucanie w publiczność czekoladkami na wzmocnienie, skoki na wzmacniacze. Reaktywowany Pulp był w znakomitej formie, zagrali więcej kawałków niż na Glastonbury, w tym po raz pierwszy od 16 lat "Miles End'. W takiej scenerii tytuł kawałka "This Is Hardcore" nabrał pełnej mocy. To był hardkor.
Na Foals zostali już tylko najwytrwalsi. Brytyjczycy zjawili się spóźnieni o dobre 15 minut, co rzadko zdarzało się do tej pory na Open'erze, ale wynagrodzili to fanom od pierwszych minut swojego setu. Na początek rzucili najmocniejsze fragmenty swojej dyskografii - "Blue Blood", po nim "Olimpic Airways", "Total Life Forever", "Cassius" i świetne "Miami". Porządnie zagrany koncert przez zespół, który jak do tej pory nie odkrył muzycznej Ameryki, ale nagrał dwie przyzwoite płyty, które idealnie sprawdziły się na festiwalu.
Drugie dzień imprezy był sporym wyzwaniem dla każdego, kto chciał zaliczyć koncerty po obu stronach festiwalowego pola. Wszystkie trudy wynagrodzili Pulp i Foals, ale niestety poza nimi zabrakło tego dnia gwiazd z prawdziwego zdarzenia. Miejmy nadzieję, że dzisiaj wiatr przegoni chmury i Książę nie będzie musiał walczyć z ulewą.
