T-MOBILE MUSIC
RELACJA: Fajerwerki i maszyny
"Musimy spytać naszego menadżera dlaczego zabraniał nam grać przed tak świetną publicznością" - powiedział w trakcie swojego występu Chris Martin. Grupa była największą gwiazdą pierwszego dnia Open'er Festivalu.
Nad imprezą zawisło widmo katastrofy - od samego rana Trójka zapowiadała burze i deszcze. Sugerując się radiowymi ostrzeżeniami sporo osób pojawiło się na festiwalu w kaloszach i płaszczach przeciwdeszczowych, które na szczęście okazały się zbędne. Katastrofy frekwencyjnej też nie było - spora w tym zasługa samego Coldplay'a. A przecież tegoroczny program budził spore emocje, organizatorom dostało się za to, że nie postarali się w tym o gwiazdy z prawdziwego zdarzenia. Wyczekiwany Coldplay, Prince, The Strokes czy reaktywowany Pulp, to dla wielu nadal było zbyt mało, by pokusić się o kupno karnetu. Postanowiliśmy przekonać się na własnej skórze czy słusznie.

fot. Tomek Kamiński / Alter Art
Zanim Chris Martin z ekipą wystąpili przed publicznością, na głównej scenie pojawił się The National. Ci ponurzy goście z Nowego Jorku powoli doganiają z częstotliwością koncertów w naszym kraju Archive i Editors. Po ostatnich wyprzedanych występach w Katowicach, Krakowie i Warszawie, wybór na gwiazdę głównej sceny był logiczny. Muzycy przygotowali festiwalową setlistę, opartą na najmocniejszych kawałkach z dwóch poprzednich płyt, serwując na początek "Anyone's Ghost", "Mistaken for Strangers", "Bloodbuzz Ohio" i "Slow Show". Wypadli poprawnie, aż zanadto poprawnie - zabrakło trochę klubowego klimatu i szaleństwa.
Co do koncertu Coldplay, to jeszcze przed występem miałem w głowie gotową relację i nie była ona pochlebna. Jako fan dwóch pierwszych krążków, który nie mógł przebić się przez wydumane "Viva la Vida" i nie liczyłem na set, który mógłby zadowolić wielbiciela "Parachutes". Show á la Bono z fajerwerkami, laserami i konferansjerką o ratowaniu świata jakoś niespecjalnie mnie interesował. Okazało się, że te prognozy były mylne, a U2 to niekoniecznie dobre porównanie dla Coldplay. Muzycy dali solidny koncert, na którym poza starymi numerami, w tym świetnym "Shiver" i przearanżowanym "God Put A Smile Upon Your Face", zabrzmiało kilka kawałków z nowej, niewydanej płyty. Z czystym sumieniem trzeba przyznać, że zapowiada się najlepszy krążek od czasu "A Rush of A Blood to The Head". Zresztą sprawdźcie nową epkę kapeli, a zwłaszcza numery "Major Minus" i "Moving to Mars", które prawdopodobnie trafią na piąty album Coldplay. Oczywiście nie zabrakło pewniaków, jak "Yellow", "The Scientist" czy "Fix You", które publika śpiewała tak głośno, że Martin nie krył zaskoczenia.
Po koncercie Coldplay zniknął problem z wyborem scen. Można było wybrać ogródki piwne lub pobiec na oddaloną o całe hektary scenę namiotową, gdzie grał Paolo Nutini. Poza World Stage gdzie wystąpił jeszcze Fat Freddy's Drop i sceną główną, gdzie dzień zamykał Simian Mobile Disco, namiot stał się ostatnim miejscem interesujących festiwalowych wydarzeń.

fot. Tomek Kamiński / Alter Art
Paolo Nutini przyciągnął pod scenę przede wszystkim żeńską część publiczności. Wystarczyło, że rzucił pod jej adresem kilka słów i namiot wypełniał się piskiem fanek. Na scenie pojawił się w towarzystwie kilkuosobowego zespołu, w którym znaleźli się muzycy dwa razy starsi od 24-letniego Nutiniego. Pomogli mu zabrzmieć dojrzale - sprawdził się zarówno w rock'n'rollowych numerach, jak i tych podchodzących pod ska w stylu The Specials. Niepotrzebnie dorzucił do setlisty cover MGMT "Time To Pretend", który nie dość że wypadł słabo, to spokojnie mógł być zastąpiony jednym z hitów z jego własnej dyskografii. Nutini to festiwalowy strzał w dziesiątkę - mógł spokojnie uzupełnić wielka scenę.
Na finał na scenie namiotowej pojawił się Caribou, który odwiedził Trójmiasto po raz drugi. Daniel Snaith zabrzmiał na scenie jak dobrze zaprogramowana maszyna. Totalnie nie ogarniam jego muzycznej wyobraźni, ale to co zaprezentował w trakcie koncertu powalało - jak trzy lata wcześniej na OFF Festivalu. Skorzystał z mocy brzmieniowej oraz klimatu sceny namiotowej i to, co zaprezentował wyglądało fantastycznie. Zwłaszcza zagrany na finał, kilkunastominutowy "Sun".
Szkoda, że po drugiej, kiedy tak naprawdę impreza powinna rozwinąć skrzydła, było już po wszystkim. Pierwszy dzień odbył się pod znakiem koncertowych pewniaków, których już wcześniej przetestowaliśmy na własnej skórze, jak The National i Caribou, a także tych, których sprawdziliśmy po raz pierwszy, jak Coldplay. Nie ma co ukrywać, że po udanym występie tych ostatnich Jarvis będzie miał spore problemy, by przebić młodszego kolegę.
