T-MOBILE MUSIC
RELACJA: Kanadyjska energia na Torwarze
Arcade Fire wystąpili już w prawie każdym zakątku świata, w tym także na Haiti. W końcu przyszła pora, by muzycy zmierzyli się z polską publicznością.
Chociaż trudno w to uwierzyć, na pierwszy koncert Arcade Fire w Polsce musieliśmy czekać ładnych kilka lat. Z roku na rok Kanadyjczycy byli typowani na główne gwiazdy krajowych letnich festiwali, jednak aż do tej pory nikomu nie udało się ich do nas ściągnąć. W końcu doczekaliśmy się - grupa pojawiła się na warszawskim Torwarze. Od samego początku wydawali się pewniakiem frekwencyjnym, na którego występ fani będą walić drzwiami i oknami. Tym większe było zaskoczenie, gdy kilka minut po 20., sporych rozmiarów sala Torwaru była wypełniona ledwie do połowy. Taki stan rzeczy utrzymał się do samego końca koncertu.

fot. Medium
Zanim na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru, swoimi piosenkami publiczność zauroczyła Basia Bulat. Kanadyjska artystka polskiego pochodzenia, którą do tej pory mogliście kojarzyć z kameralnych klubowych koncertów w kilku polskich miastach, całkiem nieźle poradziła sobie w roli supportu. Najciekawszym fragmentem jej koncertu były dwie piosenki wykonane z gitarzystą Pustek Radkiem Łukasiewiczem (który swoją drogą w wywiadach niejednokrotnie podkreślał swoje zafascynowanie Arcade Fire - podejrzewam więc, że nie mógł przepuścić okazji, by zagrać przed Kanadyjczykami i przybić z nimi piątkę za kulisami). Jeden ze wspólnie wykonanych kawałków trafi na nową płytę artystki, z kolei drugi z nich to numer Ludmiły Jakubczak "W zielonym ZOO", zaśpiewany oczywiście po polsku. Basia zeszła ze sceny po pół godzinie zostawiając po sobie pozytywne wrażenie.
Koncert Arcade Fire był od początku do końca dokładnie zaplanowanym spektaklem. Tuż przed występem na ekranach wiszących nad sceną pojawiły się komunikaty "Arcade Fire - Coming Soon", zapowiadające zbliżający się seans. Po zgaszeniu świateł wyświetlono fragmenty filmów sprzed kilku dekad, w których ukazane zostały sceny z amerykańskich przedmieść - miejsc, które stały się inspiracją dla ostatniego albumu grupy "The Suburbs". Jedna z ostatnich wyświetlanych sekwencji kończyła się słowami "The lusty month of may", po których stało się jasne, którym numerem rozpoczną swój koncert - był nim oczywiście "Month of May".
Muzycy zagrali główne piosenki z ostatniej płyty oraz kilka singli z wcześniejszych wydawnictw. Wyjątkowo dobrze wypadły połączone w jedno "The Suburbs" z "The Suburbs (Continued)", a także "We Used To Wait". Nie zaniedbali również krążka "Funeral", z którego zagrali aż sześć numerów, w tym niesamowite "Wake Up" na koniec. Każdy zespół marzy o takim mocnym samograju, który nie dość, że wysyła w stronę publiki spory ładunek emocji, to zaraz dostaje go z powrotem w zwielokrotnionej sile. Najrzadziej w trakcie koncertu zaglądali do "Neon Bible", z której zabrzmiały trzy utwory: "Keep the Car Running", "No Cars Go" i "Intervention".

fot. Medium
Wspomniane wizualizacje odegrały sporą rolę w całym spektaklu. Z jednej strony ich wykorzystanie miało swoje plusy - krótkie powtarzające się sceny dodawały klimatu i uzupełniły piosenki, jak miało to miejsce w trakcie wykonywania "Keep the Car Running", "Haiti" czy "The Suburbs". Jednak z drugiej, koncert wsparty wizualizacjami ma to do siebie, że musi przebiegać wedle wcześniej ustalonych reguł, co ogranicza w pewnym stopniu pewien poziom nieprzewidywalności, z którą rockowe występy nierozerwalnie się wiążą. Nawet w improwizacji zagranej na końcu "Ready To Start", czuć było, że podobnie wykonują ten numer co wieczór.
Oczywiście to, co działo się na scenie - szaleństwo młodszego brata wokalisty, który pojawiał się przy kilku instrumentach na raz, czy radosne tańce Regine - w żadnym stopniu nie zdradzały teatralności całego wydarzenia. Jak słusznie zauważył Tomasz Doksa w swojej relacji z koncertu Arcade Fire na tegorocznym festiwalu T Mobile InMusic w Zagrzebiu, płytowe i koncertowe oblicza Arcade Fire różnią się od siebie. Na żywo ich utwory nabierają jeszcze większej mocy. Muzycy wprost zarażają energią - to najbardziej roztańczony zespół jaki widziałem.
Pomimo pustek na trybunach, pierwszą wizytę Arcade Fire w naszym kraju należy uznać za udaną. Miejmy nadzieję, że słaba frekwencja nie zniechęci zespołu do odwiedzenia nas ponownie. Byłoby szkoda - najlepsze płyty mają jeszcze przed sobą.
Arcade Fire - Warszawa, Torwar, 24. czerwiec
