T-MOBILE MUSIC
RELACJA: Jezioro wrażeń
Grinderman, Arcade Fire, Cypress Hill, TV On The Radio, The Streets… Chociaż wróciliśmy z imponującą opalenizną, nad zagrzebskie jezioro Jarun wybraliśmy się nie po to, by wygrzewać się w słońcu. Oto relacja z dwóch dni chorwackiego T-Mobile INmusic Festival.

fot. Vedran Metelko
Zobacz zdjęcia z festiwalu T-Mobile INmusic w Zagrzebiu
Na dobry początek - poza lokalnymi grupami, które nie zachęciły nas do bliższego ich poznania – Kanadyjczycy z Arcade Fire. Zaczarowali mnie swoimi pięknie odegranymi kompozycjami, pełnymi ciepła, zapadających w pamięć urokliwych melodii i pozytywnej energii. Znajomość ich muzyki w wersji płytowej to jedno, a oglądanie tego zespołu na żywo to jednak porcja zupełnie innych, ciekawszych wrażeń. Bohaterką występu na T-Mobile INmusic Festival stała się dla mnie żona Willa Butlera, Régine Chassagne. Jej słodkiego głosu nie mogłem się nasłuchać, wystarczyły dwie piosenki w jej wykonaniu ("Haiti" i "Sprawl II"), bym zapomniał o bożym świecie i zapragnął wpaść na scenę, wyrwać ją z rąk sławnego męża (miałbym pewnie szansę, bo ten był mocno pochłonięty całym widowiskiem, robiąc nie za jednego, a przynajmniej dwóch muzyków) i wyjechać z nią gdzieś w tropiki. Albo nie, nigdzie nie musielibyśmy wyjeżdżać. W Zagrzebiu też jest przepięknie. (td)

Régine tak porwała redaktora Doksę, że chciał ją porwać... fot. Medium
Podczas setu Buraka Som Sistema nie trzeba było się na scenę wdzierać, bo sami zapraszali. Na początek frenetyczny rytm "Hangover (BaBaBa)", a potem podkręcanie tempa – fakt, po takiej imprezie można mieć kaca. W miejscu przy tych rytmach trudno było ustać, chociaż niełatwo tańczy się z wzrokiem utkwionym we fluorescencyjnie czerwone usta wokalistki, tudzież jej, równie pstrokato odzianą, pupę, która była głównym elementem show. A kiedy dziewczynie dali na chwilę odpocząć, do konkursu pt. "Shake that ass" zaproszono ochotniczki z publiczności – ruszyły tłumnie i choć chyba nie wszystkie rozumiały, na czym polega konkurencja, samcza część widowni była wniebowzięta.
Zmysły ostudził Jamiroquai, gdzie niby wszystko się zgadzało - bo i zespół grał dobrze, i Kay śpiewał jak powinien - ale nic nie kleiło. Sam nie wiem, czy to wina stylistyki, która zbyt wcześnie się przeterminowała i dzisiaj nie budzi większych emocji, czy nikłego zaangażowania artystów, ale Jamiroquai zabrzmieli jakby grali na własnej stypie. I te same numery, które przed dekadą zapełniały parkiety po obu stronach Oceanu, teraz miały temperaturę ledwie pokojową. Ot, miłe, niezobowiązujące tło do pogawędki – nic dziwnego, że na tym występie pod główną sceną festiwalu więcej ludzi piło piwo i rozmawiało, niż tańczyło.

Piknikowa atmosfera to wielka zaleta tego festiwalu
Oczekiwanie na TV On The Radio umilała nam chorwacka gwiazda, grupa Elemental. Prawdę mówiąc, był to jedyny lokalny zespół, który wzbudził nasze zainteresowanie na tyle, by - choćby z daleka, a konkretnie z festiwalowego lokalu gastronomicznego pod chmurką – wysłuchać całego ich występu. Spodobaliby się w Polsce: raper o głosie podobnym do Sokoła, świetnie śpiewająca wokalistka i muzyka będąca mieszanką ska, rocka, reggae i hip-hopu. Nic szczególnie odkrywczego, ale w Jarocinie czy na Przystanku Woodstock daliby sobie radę.
Po Chorwatach na scenie zamontowali się goście z Nowego Jorku. Choć zmierzch już zapadał, upał wciąż trzymał, co natychmiast zauważył Kyp Malone. "Nie będziecie mieć nic przeciwko temu, że się spocimy i będziemy trochę śmierdzieć?" – zagaił. Nie mieliśmy. Chociaż prawdę mówiąc, nie wiedziałem, że TV On The Radio należą do grona zespołów, które pocą się na scenie. Myślałem, że będą grzecznie stali, wgapieni w gryfy, skupieni na odtwarzaniu tych swoich wszystkich smaczków, a tu naprawdę sporo się działo: prym wiedli Malone i Adebimpe, choć i Sitek, niechętnie ruszający się od swoich pieców i innych zabawek dalej niż dwa metry, czasem zapamiętywał się w graniu – wyglądał wtedy jak młodszy, gorzej wysportowany, za to bystrzejszy brat Henry'ego Rollinsa. A było się w czym zatracić, bo poza hipnotyzującym transem, TV On The Radio wygenerowali z siebie niemało rockowego czadu – aż tak dynamicznych, czy wręcz hałaśliwych wersji ich piosenek nie oczekiwałem, acz przyznaję, przyjąłem je z wdzięcznością. Uwielbiam płyty tego zespołu, ale od teraz wiem, że i koncertów nie wolno przegapić. Szkoda tylko, że organizatorzy rozstawili ich dość niefortunnie – dokładnie w tym samym czasie, z tolerancją do kwadransa, na innej scenie produkował się Mastodon, a główną rozbujali Cypress Hill. Co zresztą nie umknęło uwadze zespołu. "Jakaś cząstka mnie podziwia teraz Mastodona, druga część bawi się na Cypress – tym bardziej jesteśmy wam wdzięczni, że tu z nami jesteście" – mówił Kyp i nie było w tym cienia kokieterii, bo takie festiwalowe dylematy do najłatwiejszych nie należą. (js)
Mastodon w programie imprezy zdominowanej przez takie gwiazdy, jak Cypress Hill czy Jamiroquai, wyglądał dla mnie równie egzotycznie, co nic mi nie mówiące nazwy chorwackich zespołów. Ustawiony w dodatku w czasie, kiedy na dwóch większych scenach grali autorzy "Rap Superstar" oraz TV On The Radio, wydawał mi się też zespołem skazanym na największą frekwencyjną porażkę zagrzebskiego festiwalu. I rzeczywiście, tłumów na koncercie metalowców nie było, jak na wykonawców tego formatu była to wręcz widownia śmiesznie mała, jednak kapela i tak miała szczęście, że nie grała – jak wcześniej zakładałem – dla przypadkowej publiczności. Kartki z napisami "Żyję dla Mastodona", które podnosili wierni słuchacze w pierwszych rzędach, musiały muzyków na pewno ucieszyć, w końcu z perspektywy sceny trudno było się doszukać pośród widzów oddanych, metalowych braci. Sam miałem okazję obserwować ten występ obok dwóch kolorowo ubranych dziewcząt, których nigdy nie posądziłbym o słuchanie ciężkiej muzyki. Ale jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy na każdy kolejny numer grany przez kapelę, reagowały nie mniej entuzjastycznie, niż kolega stojący dwa kroki przed nimi - obrośnięty na twarzy futrem i ustrojony w koszulkę samego Mastodona. Podobnie reagowałem i ja, bo chociaż twórczość Amerykanów znana mi była tylko od święta. Przejechali po mnie solidnym, metalowym walcem, i choć na początku ich występu mocno żałowałem, że musiałem zrezygnować z oglądania Davida Siteka i jego TV On The Radio, kilkanaście minut później starałem sobie przypomnieć, czy mam jakieś płyty Mastodona w swojej prywatnej kolekcji. Po powrocie do domu, okazało się, że tak. Zgadnijcie, czego teraz słucham…
No, może nie bez przerwy, bo w playliście są też Arcade Fire i Cypress Hill. Ci pierwsi głównie w wersji "The Suburbs" (ostatnia płyta), ci drudzy – "the best of" (kompilacja prywatna). Bo takie też były występy tych formacji w Zagrzebiu. O koncert Cypressów martwił się trochę towarzyszący nam szef festiwali Avant Art i sceny muzycznej MFF Nowe Horyzonty, Kostas Georgakopulos, który jako wielki fan załogi z USA obawiał się, że w Chorwacji zabraknie jej najstarszych numerów. Najpierw uspokajał go nasz naczelny ("A co mają grać, jak nie stare numery?" – pytał), potem zrobili to już sami hiphopowcy. Zagrali m.in. "Insane in the Brain", "How I Could Just Kill a Man", "Dr. Greenthumb", a na sam finał jeszcze "Rock Superstar" – setlista koncertu iskrzyła od największych przebojów zespołu, a zabawa pod sceną przypominała wielkie muzyczne święto. Dużą sceną - pragnę zaznaczyć. W Zagrzebiu nikt nie popełnił niezrozumiałego dla mnie do dziś błędu Open'era, który przed rokiem wcisnął Cypress Hill na World Stage, oddając w tym czasie panowanie na głównej arenie kolorowym wymoczkom z Empire Of The Sun.
"Gramy już ponad 20 lat i nagle przyjeżdżamy do miejsca, w którym nigdy nie byliśmy, gdzie wciąż czekają na nas tłumy fanów. To niesamowite uczucie, dziękujemy wam za to" – mówił do Chorwatów B-Real. Rzeczywiście, miał za co dziękować, bo atmosfera na występie jego załogi była bardzo gorąca. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że najgorętsza na całym festiwalu. (td)

Tak wygląda Rap Superstar fot. Vedran Metelko
Kto nie miał dość hip-hopu, szybko przemieścił się pod World Stage, gdzie już montowali się The Streets. Nie mogę się nadziwić fenomenowi Mike'a Skinnera, których choć wygląda na absolutnego zwyklaka, odzianego w koszulkę polo i ciemne dżinsy, na scenie emanuje charyzmą i porywa publiczność nie tylko doskonałym flow, ale też odpowiednio dozowanymi umiejętnościami prawdziwego mistrza ceremonii. Rytmiczne podskoki ułatwił publiczności znakomity bębniarz, ale i reszta zespołu nie pozostawała w tyle - The Streets mieli tego wieczoru wszystko to, czego poprzedniej nocy zabrakło Jamiroquai.
Aż wreszcie przyszedł czas na główną gwiazdę imprezy, czyli Nicka Cave'a i jego kompanów, którzy dzielili się z fanami cudownie i nieoczekiwanie odzyskaną młodością. Bo panowie w średnim wieku tak nie grają – nie i już. Świadomie zepsute, zgrzytliwe – choć chwilami, jak w "Heathen Child" czy "Evil", porażająco potężne - brzmienie i górujące nad wszystkim krzyk i skowyt (bo w tym wcieleniu śpiewa rzadko) Nicka musi się kojarzyć z jego gniewnymi początkami w The Birthday Party. Tym bardziej, że na żywo w muzyce Grinderman zdecydowanie więcej słychać punka, niż bluesa. Podziwiałem zaangażowanie Warrena Ellisa, który wygląda jak stateczny mędrzec, ale miotał się po scenie jak szaleniec, choć oczywiście głównym aktorem tego spektaklu był Cave, któremu sceny było za mało i raz po raz nurkował w tłum, gdzie dzielnie walczył o przetrwanie, mikrofon (co najmniej raz tę walkę przegrał) oraz części swej garderoby. Ale kiedy wracał na swoje miejsce, w rozchełstanej, naddartej koszuli, nie wyglądał na zmęczonego. Przeciwnie - trudno było się oprzeć energii, która z niego emanowała. (js)
T-Mobile INmusic Festival – Zagrzeb, Chorwacja, 21-22 czerwca
-
24.06.2011dodany przez: luciferatu
Świetna relacja. Już się nie mogę doczekać koncertu Grindermana podczas wrocławskiego festiwalu 'Nowe Horyzonty'. Fajnie, że T-Mobile wspiera alternatywną kulturę i jest tam gdzie inne sieci raczej by się nie odważyły być. -
komentarz
