T-MOBILE MUSIC
RELACJA: Biblia, kosmici i cycate Amazonki
Czy bliskie spotkanie z Sufjanem Stevensem odmieni życie Polaków?
Wzruszyłem się, drogi internecie. Poprzednio wzruszył mnie tak dwa lata temu inny amerykański dziwak w innym warszawskim teatrze, ośmieszający się w podobnym stopniu, tyle że z mniejszym rozmachem. Pomimo dwumetrowej postury drwala założył na scenę zwiewne damskie ciuszki, przy nodze fortepianu złożył damską torebkę i śpiewał do nas głosem łączącym najbardziej pretensjonalne cechy żeńskiego altu i męskiego falsetu. Gdy wzruszał mnie Sufjan Stevens, był w trakcie odczepiania od pleców motylich skrzydeł, wkładania maski małpy i ruszania w pląsach w kierunku widowni, by podzielić się z nami swoim przepisem na szczęście. Jego brodaty klawiszowiec miał na głowie pluszową kurę.
Zobacz galerię zdjęć z koncertu Sufjana Stevensa w Warszawie

Sufjan przyleciał do nas z Ameryki fot. Rafał Nowakowski
Od momentu ogłoszenia dobrej nowiny o planowanym nawiedzeniu Polskiej Ziemi przez Sufjana (ilu współczesnych songwriterów jednoznacznie identyfikuje samo imię?) musiałem bronić się przed pytaniem: czy to nie pech, że nie udało się po "Illinoise"? Że chłopak nie przyjeżdża u szczytu sławy, we wdzianku supermana, jako odnowiciel Ameryki i bóstwo indie? Z akustyczną setlistą tłustą w "Concerning the UFO Sighting...", "Casimir Pulaski Day" i "Chicago"? Czy musiał dotrzeć akurat w stanie wycofania mentalnego, oddalenia wokalnego i po wydaniu ujemnie przełomowej płyty, która zachwyca głowę, ale smuci serce, zresztą there's too much riding on that anyway.
Ijej, ijeijej.
Odpowiedź przyszła sama po zgaszeniu świateł, ale jeszcze przed ich ponownym zapaleniem. Przyszła na scenę grupą jedenastu kosmitów we fluorescencyjnych wdziankach, z których troje - wyraźnie oddelegowanych do kontaktu z tubylcami - wyekwipowano dodatkowo w anielskie skrzydła, czy może łabędzie, bo zaraz zaczęli "Seven Swans". Coraz mniej jest płyt, których słucha się ze stuprocentową uwagą z obawy przed zgubieniem choć jednej nuty. Koncerty tej intensywności są czymś bardziej nawet niebywałym. Że to będzie jeden z nich, odgadłem już po wdziankach.
Antony w Teatrze Narodowym też miał dziwne wdzianko. (I jemu także wystarczy imię). Nie miał wizualizacji. Sufjan zmajstrował najpiękniejsze i najlepiej dobrane projekcje z wszystkich, jakie miałem dotąd okazję oglądać na żywo, w pełni zsynchronizowane z retro-futurystycznym oświetleniem i całą akcją sceniczną. Zastępy instrumentów dobrano jakby symetrycznie: dwa dęciaki, dwa zestawy perkusyjne, dwóch klawiszowców - analogowy i cyfrowy - oraz dwie chórzystki. Te ostatnie z przesłuchań do tanecznego "Mam talent" wyleciałyby jeszcze przed włączeniem kamer. A Sufjan powierzył im dwugodzinną choreografię. Sam rozbrajająco niezgrabny stworzył najbardziej spektakularny show, na jaki można sobie pozwolić pozostając spontanicznym, naturalnym - sobą.
Jako się rzekło, dylemat dotyczący (nie)właściwości czasu Sufjanowej inwazji rozwiał się jeszcze przed pierwszym akordem, rozstrzygnięcie potwierdziły jednak bisy. Już bez makijażu i w zwykłym odzieniu, wyśpiewał trzy wymienione na wstępie hity z "Illinoise". Było pięknie. Tylko że... "Casimir Pulaski Day" to ja sam grałem już osiemset razy, w tym raz nieomal przed publicznością (bo ostatecznie padło na "Chicago"). Na YouTube oryginalny Sufjan tonie w gąszczu takich pokojowych wykonań. Tymczasem jego nowej apokalipsy nikt sam sobie w domu nie urządzi. Urokliwa rutyna akustycznych bisów pachniała nagrodą pocieszenia dla tych, którzy w przeciwnym razie wyszliby zdruzgotani nawałem materiału z "The Age of Adz", bo właściwa część spektaklu w ogóle nie oglądała się na "Illinoise". Liczne odstępstwa od mikrofonu w finale potwierdzały, że dla Sufjana przygoda skończyła się w przerwie, wraz ze zdjęciem kostiumu marsjańskiego.

fot. Rafał Nowakowski
Miało być o wzruszeniach. Kulminację koncertu te ponad pół tysiąca szczęśliwców powinno wskazać zgodnie. I wcale nie chodzi o puentujące wieczór "Chicago". Gdy Sufjan opowiedział nam o długiej podróży do Warszawy - bodaj siedem godzin asfaltem, kolejne siedem wodą i jeszcze dziesięć drogą - gdy już wtajemniczył nas w życiorys oraz zawartość głowy Royala Robertsona - Biblia, komiksy, kosmici i cycate Amazonki - któremu to artyście ukradł scenografię, stroje oraz okładkę ostatniej płyty, oddając w zamian piosenkę, gdy wielkodusznie pochwalił starość, by jednocześnie stropić się nad faktem, że wiek nastoletni oddał "Encyklopedii Brittannice" i dokumentom "National Geographic", gdy wreszcie zamarzył sobie powrót do tamtych czasów w celu naprawienia win - wówczas zrobił to właśnie na naszych oczach. Z małpą na głowie i w towarzystwie seledynowo-różowych chórzystek przypląsał beztrosko na brzeg sceny, w sekundę postawił na nogi cały Teatr Polski i mantrując refren - ten główny - „Impossible Soul” obsypał nas optymizmem, entuzjazmem i konfetti. Wtedy pomyślałem: ile osób Sufjan uszczypnie tym koncertem? Ilu pomoże stanąć na nogi, wygładzić twarz, wyprostować kręgosłup i parę życiowych spraw? Nie jest to aż tak niemożliwe.
Sufjan Stevens - 5 maja, Teatr Polski, Warszawa
Setlista: Seven Swans, Too Much, Age of Adz, Heirloom, I Walked, Now That I'm Older, Get Real Get Right, Vesuvius, I Want To Be Well, Futile Devices, Impossible Soul.
Bisy: Concerning the UFO Sighting Near Highland, Casimir Pulaski Day, Chicago.
-
Powiem tyle, że też nie piszę na co dzień tego typu relacji. Pomyślności!
-
Sam dziwię się temu co za chwilę napiszę, ale ten koncert na prawdę zmienił nieco moje życie. Egzystując ostatnio w stanie permanentnego zmęczenia wszystkim i braku poczucia jakiejkolwiek znaczącej satysfakcji, naglę spadł mi na głowę ten muzyczny meteoryt i namieszał już chyba bezpowrotnie... Czekałem na coś takiego. Pozwoliło mi to otworzyć oczy z nowym spojrzeniem, podjąć kilka istotnych decyzji i wstać z łóżka trochę innym. Niewiarygodne, co? Aż rumienie się nieco na myśl o banalności tego, co zapisałem, ale co tam, cytując zasłyszaną prawdę: banał ma swoją moc!
-
Hm, chyba dokładnie jest tak jak to opisałeś. Dla mnie ten, nasz warszawski koncert był naprawdę bardzo osobisty. W listopadzie (14, bo dizeń później, 15 koncert wyglądał już inaczej) zabrakło na przykład "I Want to be Well", które jak dla mnie było wstrząsające. Poza tym po "Impossible soul" "poszło "Chicago", przez, co cały finał koncertu wyglądał zupełnie inaczej, bo na bisy dostaliśmy "Concerning the UFO..." potem właśnie "Casimir Pulaski Day" i dwie miniatury, przy który zrobiło się lirycznie i bardzo osobiście - "To Be Alone With You" (wstrząsające) oraz "John Wayne Gacy, Jr.".
I wydaje mi się, że to dobrze, że zobaczyliśmy takiego Sufjana. Za kilka lat, on będzie w innym miejscu i być może wróci do gitary, dżinsów i podkoszulka.
Pozdrawiam
Artur -
Doceniłem ją przy trzecim przesłuchaniu, więc na poważniejsze przewartościowanie nie było już miejsca, chyba że negatywne. Koncert pomógł na pewno cieplej spojrzeć na chłodne fragmenty tej płyty. Już nie tylko intymny finał, ale całe "Impossible Soul" okazuje się utworem bardzo osobistym. Runęło w ogóle całe przeciwstawienie emocjonalnego "Illinoise" intelektualnemu "Adz", bo szczerości i spontanu najwięcej przecież było przed bisami.
-
A, tak przy okazji. Kiedyś toczyliśmy dyskusję o "Age..." właśnie. Po wczorajszym koncercie wielu znajomych mówi mi, że przewartościowało opinię o tej płycie, ponownie ją odkrywają. Miałem to samo po moim koncercie. Ciekaw jestem, czy Twój odbiór "Age..." się jakoś zmienił.
Pozdrawiam
Artur -
Ha. Zacna recenzja. No i cieszę się, że się udało. Cieszę się również, że choć obiecałem sobie, że tym razem nie dam się nabrać na jego kuglarstwa, to znów mnie porwał, znów oczarował i, jak napisałeś, uszczypnął. Bo, choć momentami gorzka to była opowieść, to jednak ów nawias, cudzysłów i zamknięcie całej historii pozwala pomyśleć sobie - Jest jak jest, trzeba iść na przód.
-
To była czysta magia
-
komentarz
