Koncerty
A A A
25.02.2011

RELACJA: Demony perkusji

Kiedy będziecie siadać do czytania tego tekstu, powinnam znajdować się w sunącym w kierunku Krakowa pociągu. Powinnam - bo w życiu poza końcowym zejściem nic nie jest pewne, a w zaśnięciu przeszkadzają mi wciąż dudniące w mojej głowie bębny panów z Combichrist. Minęły kolejne godziny, a w uszach wciąż DUM DUM DUM.

Combichrusty (nazwa, podobnie jak sto innych modyfikacji oryginału, zasłyszana w kolejce na koncert) w Polsce grać lubią – czy to sami, czy jako support niemieckiej kserokopii grupy Laibach, czyli Rammsteina. W Gdyni pojawili się w charakterze gwiazdy, zabierając po drodze kolegów z Mortiis i powodując nagły wzrost temperatury w okolicach gdyńskiego Ucha.

RELACJA: Demony perkusji - T-Mobile Music
Zdjęcia: Joanna "frota" Kurkowska

Najpierw rozczarowanie. Wokalista supportu miał wyjść w masce trolla – tak przynajmniej powiedział kolega, który już wcześniej oglądał sympatycznych Norwegów. Niestety, Håvard Ellefsen (lub, jak kto woli: Mortiis), owej maski nie przywdział i zamiast norweskiego potwora mogliśmy podziwiać w pełnej krasie facjatę byłego basisty Emperor. Było to ogromne rozczarowanie (chodzi oczywiście o brak maski, a nie facjatę Mortiisa), ale jak pokazały nadchodzące godziny – jedyne niemiłe. Sam Mortiis wypadł nad wyraz pozytywnie. Kapela, którą możemy zaliczyć do tych wiecznie poszukujących, zaprezentowała materiał osadzony mocno w klimatach bliskich Combichrist – industrial z domieszką EBM i posypką z gitar. Jak widać, ramy muzyki dark ambient i gothic, znane z poprzednich płyt, okazały się dla muzyków zbyt ciasne i trzeba je było wyważyć butem.

RELACJA: Demony perkusji - T-Mobile Music
Mortiis - zaczynał jako troll, ale wyszedł na ludzi

Bez bicia przyznam się do tego, że Combichrist z płyt nie smakuje mi zupełnie. Czasem sięgnie się po którąś z płyt, zapuści jakiś remiks, ale bez nadmiernej ekscytacji. Jednak Combiki odtwarzane ze srebrnego krążka (u mnie najczęściej jest to "Today We Are All Deamons"), a Combiki oglądane na żywo to dwa różne światy, w dwóch różnych galaktykach – niczym Star Trek i Star Wars.  Nie wiem czy po tym koncercie w ogóle zmuszę się do słuchania Combichrist bez koncertowej otoczki. Za każdym razem, kiedy ręka będzie kierowała się do przycisku PLAY, mózg będzie bombardowany informacjami w stylu: "Wiesz, że lepiej będzie brzmiało to na żywo?" czy "Jak jesteś głodna to idziesz do McDonalda czy na obiad do mamy?". A wszystko to przez... perkusistów! A konkretnie – jednego z nich.

Cała uwaga teoretycznie skupia się na lekko nadpobudliwym i niepotrafiącym ustać w miejscu Andym LaPlegua – nie potrafi ustać w jednym miejscu dłużej niż trzy sekundy i to on jest prawdziwym mistrzem ceremonii, a tłum chodzi jak wokalista mu rozkaże, ale cichym bohaterem wieczoru był jednak Joe Letz, niepozorny, wychudzony człowieczek. Nie wiem, jakie środki zażywa Letz przed koncertem, ale po zajęciu miejsca na perkusyjnym stołku wstępuje w niego jakiś bliżej niezidentyfikowany demon. Podrzucanie pałek, oblewanie bębnów wodą czy uderzanie w perkusję z siłą i precyzją robota to tylko niektóre atrakcje z blisko półtoragodzinnego Letz Drumming Show. Człowiek nie rejestruje nawet, jaką piosenkę właśnie grają, bo zastanawia się co jeszcze pokaże Letz. Kto przez cały koncert wodził wzrokiem wyłącznie za wokalistą formacji stracił wiele, oj wiele. Fajnie byłoby mieć jego numer telefonu, bo Letz doskonale nadaje się do wspólnego grania w Rock Band czy w inną grę muzyczną. Pod warunkiem, że jesteście w jednym teamie.
Letz z miejsca kasuje pozostałych muzyków formacji – klawiszowca Z Marr'a i drugiego perkusistę, Trevora Friedricha. Panowie dobrze spisują się na scenie, ale są praktycznie niewidzialni. Oczy i uszy zwrócone są gdzie indziej.

RELACJA: Demony perkusji - T-Mobile Music

Combichrist można słuchać w domu – racząc się ciepłym kakao, siedząc na ulubionym fotelu i głaszcząc wiernego psa. Pytanie brzmi: tylko po co? Koncertowe szaleństwo z Norwegii wydaje się być o wiele bardziej kuszące aniżeli najlepsze warunki do słuchania ich płyt. Najwidoczniej nie tylko ja jestem tego zdania, bo miłośnicy zespołu stawili się licznie. Oby frekwencja dopisała za dwa tygodnie, kiedy Trójmiasto odwiedzi prawdziwa legenda nurtu industrial - słoweński Laibach! Czekam na to z niecierpliwością, ale na razie spróbuję zasnąć…

Combichrist, Mortiis – Gdynia, Klub Ucho, 24 lutego

OCEŃ: 7 1
Autor: Joanna "frota" Kurkowska
Do góry
Marilyn Manson Recenzja Dillon Wywiad Wideo Impreza na bogato Galeria

NAJNOWSZE

POLECAMY

Dodaj komentarz

Wprowadź kod z obrazka:

Obrazek nieczytelny? Kliknij aby odświeżyć

lub przejdź do strony logowania lub jeśli jeszcze nie masz konta zarejestruj się.

Lista wszystkich komentarzy
  • 25.02.2011
    dodany przez: aldree
    Gość
    Bardzo fajna relacja, chociaż absolutnie nie mogę się zgodzić z nazywaniem Rammsteina kserokopią Laibacha. Oba zespoły wywodzą się z podobnego nurtu, Laibach zadebiutował wcześniej; podobieństw jednak jest tak niewiele, że określanie Niemców jako kserokopię jest dla nich z pewnością krzywdzącę.